wtorek, 29 marca 2016

Słodyczowy detoks.

Pewnie rok temu napisałabym, że te Święta były aktywne. Że nie siedziałam tylko za stołem i zajadałam się babcinymi przysmakami, że nie skusiłam się na ciasto mamy. Pewnie napisałabym o tym, że poszłam pobiegać. I o tym, że wcale nie leżałam na kanapie z napompowanymi nogami w górze. No cóż, napiszę, że w ciągu tych dwóch dni przytyłam chyba tonę w trakcie maratonu od jednego stołu rodzinnego do drugiego, a nawet trzeciego. Nogi przypominają dwie kłody, zakończone balonami. Na twarzy spuchłam jak po użądleniu pszczoły, albo całego roju. Sińce pod oczami sięgają wysokości nosa (troszkę przypominam pana Terleckiego), a przekręcenie się z boku na bok odbywa się z efektami dźwiękowymi (obożeobożeobożeniedamradyobożemojeplecyyyy).


Wkroczyłam w 3 trymestr ciąży, a w zasadzie zbliżamy się do mety - leci 35 tydzień, czas dłuży się niesamowicie, a żeby go troszkę umilić zaczęłam rozkoszować się w słodkościach. Ptasie mleczko od dziadka, Rafaello od przyjaciółek, lizaki i cukierki w zapasach, lody od męża, ciasta od mamy... A, że przyjęliśmy w domu zasadę, że jedzenia nie wolno marnować i trzeba jeść to co jest...no sami wiecie jaki jest koniec tej smutnej historyjki. Lody na wykończeniu, ciast dawno nie ma, tylko czekolady szyderczo zachęcają do skosztowania. I gdyby nie poranne postanowienie, prawdopodobnie właśnie w tym momencie pożerałabym kolejne kostki, rozkoszując się głębokim smakiem mlecznej czekolady z nadzieniem truskawkowym.


Dzieci w brzuszku lubią słodkie wody płodowe, bardzo lubią gdy mamusie jedzą słodkości. Mój syn nie należy do wyjątków, zawsze po zjedzeniu czegoś słodkiego okłada mnie kopniakami albo pojawia się u niego czkawka  - znak, że nażłopał się wód płodowych, które wybitnie mu smakowały. Ostatni miesiąc będzie jednak początkiem detoksu od słodyczy. Dzisiaj, teraz jest najlepszy moment, choć każdy mi mówi, że po ciąży. Nie. Dzisiaj.

Wiadomo - nie zrezygnuję z miodu czy z syropu klonowego. Do wypieków używam tylko cukru brązowego. Największym złem które popełniam są ciasta kupowane w cukierniach i inne sklepowe słodycze, które nie dostarczają żadnych wartości odżywczych. Gwarantują za to kilka dodatkowych kilogramów. Czas przestać przypominać ciasteczkowego potwora, bo potem będzie już tylko gorzej :D Ale co poradzić na te ciążowe zachcianki? Serio, są takie momenty, że można oszaleć, gdy lody miętowe nie są w zasięgu wzroku, albo ręki.


Także zaczynam słodyczowy detoks :) Jeśli przechodziliście przez to samo, będę wdzięczna za wskazówki :) Przy pierwszym (udanym ) podejściu zaczęłam od wyrzucenia wszystkiego do kosza i trenowałam systematycznie. Teraz to niemożliwe.





Pozdrawiamy razem z brzuszkiem :)

niedziela, 20 marca 2016

Muffiny czekoladowe - przepis idealny.

W piątek wybrałam się z Madzią na zakupy. W planach była jaka fajna luźna sukienka, którą udało by mi się wcisnąć na rosnący w tempie błyskawicznym brzuch. Skończyło się na wzbogaceniu szafy synka i gadżetach do mieszkania. I właśnie zakupy w Pepco zmotywowały mnie do sobotniego pieczenia. Gadżety są słodkie, pastelowe i wiosenne i same proszą się o częste używanie :)

Na pierwszy ogień poszły muffiny czekoladowe. Zawsze powtarzałam, że nie potrafię piec. Potrafiłam schrzanić nawet najprostszą tartę czy pierniki. Stwierdziłam, że nigdy się nie nauczę jeśli nie będę próbować. I stał się cud! Muffiny zniknęły w zaledwie kilka godzin.

Skorzystałam z przepisu Kwestia Smaku, nieznacznie go modyfikując.

Składniki na 12 muffinków

150 g masła
150 g czekolady deserowej
300 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
3 łyżki kakao
1 szklanka  brązowego cukru
10 g cukru z prawdziwą wanilią
2 duże jajka
1 szklanka mleka



czwartek, 17 marca 2016

Gdybym nie była leniwa - pomocy! Tekst życiowy, bez ściemy.

Jestem leniwa. Gdybym nie była, nowy obrus w wiosennym, lawendowym klimacie leżałby na stoliku, a nie w plastikowym opakowaniu. Gdybym nie była leniwa pisałabym częściej na blogu, bo przecież mam o czym mówić, a może mam mniej, bo z lenistwa przestałam interesować się sprawami, które kiedyś zajmowały moją głowę. Gdybym była mniej leniwa tworzyłabym smaczne potrawy, co miałoby drugą korzyść - mąż byłby zadowolony, nie stękał i nie jękał. A wiadomo - zadowolony mąż  = zadowolona żona. Gdybym była mniej leniwa moje mieszkanie zawsze byłoby gotowe na przyjęcie (nie)spodziewanych gości, pachniało by kwiatami, a nie zaschniętym obiadem z dnia wczorajszego, albo przedwczorajszego. Gdybym była mniej leniwa to nie marnowałabym tyle czasu w ciągu dnia.

 Podobno pierwszym krokiem do wyjścia z tego błędnego koła jest zdanie sobie sprawy z problemu, powagi sytuacji. Pojawia się też chęć zmiany - na lepsze. Mocne postanowienie - NIE BĘDĘ LENIWA. No cóż - kilka lat starań i z czasem wracam do dawnego stylu bycia, życia. Przeglądanie zdjęć na instagramie, pintereście, tumblr i jaranie się ludźmi. I marzenie - kurde - chciałabym to, chciałabym tamto, to takie fajna, a ta jaką ma świetną fryzurę. Wiecie - w tym momencie zerkam w lustro i widzę gniazdo na głowie. Motywacja spada do poziomu zerowego, no bo po co wstać i poszukać czegoś konstruktywnego - np. jak dbać o całkowicie zniszczone włosy. Gdybym nie była leniwa już dawno wykończyłabym zapas maseczek do twarzy - oczyszczających, tonizujących, ujędrniających, nawilżających, rozświetlających, relaksujących, ściągających, rozluźniających sratata - cały zespół do walki z niedoskonałościami. Ale PO CO? Lepiej pomarudzić, że się ma przebarwienia, plamy, że skóra za sucha, a że tutaj coś odstaje. Dramat skórny, życiowy, w ogóle.

Ogląda się te piękne istoty w sieci, te modne stylizacje, piękne dodatki, wysportowane ciała, zadbane twarze, perfekcyjne fryzury, dalekie podróże. I w pewnym momencie zastanawiasz się - co Ci to daje? Życie życiem innych ludzi - tak trochę? Nie każdy przecież tak robi. Z drugiej strony by się chciało - mieć modną sukienkę i dobrze w niej wyglądać. Później myślisz sobie, że nie trzeba mieć wszystkiego, teraz, tutaj, natychmiast. Lenistwo nie pomaga. Wpędza Cię w beznadziejność. Bezużyteczność. Sprawia, że jesteś bierny. Pozwalasz by życie przepłynęło Ci między palcami. Nie tworzysz, nie działasz, nie spełniasz się - gnijesz, umierasz - na kanapie, z pilotem w ręku. Bo pogoda kiepska, bo mnie boli coś, nie wiem co, bo jestem w ciąży i nie mogę się ruszyć, bo teraz to już za późno, bo teraz to już nie ma sensu. Znajdzie się tysiąc wymówek.

To dlatego ludzie poddają się w procesie zmiany - jakiejkolwiek. Szukają wymówek, usprawiedliwiają swoje słabości, pragną pozbyć się za wszelką cenę dysonansu poznawczego, stosują mechanizmy obronne, wszystko po to by chronić swoje jakże nieidealne ego. Nigdy nie będziesz człowiekiem sukcesu. Bez nakładu pracy nic nie przyjdzie samo - może tak się działo gdy było się dzieckiem. Ja to wiem i Ty to wiesz.

Z drugiej storny po co mi bycie popularnym? Po co ktoś ma lajkować moje zdjęcia, komentować moje wpisy. No cóż - tutaj sprawę zostawiam otwartą. Każdy ma inną osobowość i inne potrzeby. Jednym pomaga to w walce ze swoimi kompleksami, chorymi przekonaniami na swój temat. Inni mając troszkę z osobowości narcystycznej upajają się ilością obserwatorów. Z kolei pewne osoby - kreatywne - chcą tworzyć, a są na tyle dobre w tym co robią, że ilość obserwatorów i owa popularność staje się produktem ubocznym. Dla jednych to hobby, dla innych sposób na życie. Próbowałam sobie odpowiedzieć na pytanie - o co mi chodzi w tym wszystkim. Dlaczego inni potrafią a ja nie? W czym jestem gorsza? I znów psychologia i znów jakieś rozkminy o życiu, bezowocne. Do zastanowienia, ale głębszego, Jestem do naprawienia. I dochodzi do mnie, że mam tak wiele. Tak wiele powodów do radości, do bycia szczęśliwą. Że codziennie dzieją się w okół mnie rzeczy niezwykłe, tylko nie zawsze chcę albo mogę je zauważyć. I zdaję sobie sprawę, że moje życie wcale nie jest takie jakieś leniwe. I pojawia się moc, chęć, zapał.

Wszyscy mi mówią - za chwilę będziesz mamą! Zapomnisz co to lenistwo, odpoczynek, przespane noce i wyjście na zakupy. Staniesz się zorganizowana jak nigdy dotąd!  Będziesz miała supermocne! Dobrze, wyczekuję tego momentu.

Jednak mam pytanie, albo dwa. Co Wy o tym wszystkim myślicie? W sensie o tych wszystkich portalach społecznościowych, wspomnianych wcześniej pięknych istotach. Motywuje Was to, czy dołuje? Inspiruje do zmian? Wywołuje poczucie zazdrości? Wzbudza chęć rywalizacji? A może nie wywołuje to żadnych odczuć - chociaż w to nie wierzę. Co Wam to daje?
Jak wyrwać się z pętli lenistwa?


sobota, 12 marca 2016

Happy b-day to me.

Urodzin nie powinno się spędzać samotnie. W gruncie rzeczy czemu nie? Gdy się jest żoną chirurga ortopedy wiele rzeczy w życiu ulega zmianie. Żyć w pojedynkę trzeba się nauczyć. Co innego gdy dwie osoby są aktywne zawodowo - wtedy spotykają się gdzieś w połowie. Są podobnie zmęczone, podobnie nic im się nie chce i podobnie zasypiają nie skończywszy kolacji. Inaczej przedstawia się sytuacją, gdy kobieta ciężarna przebywa na zwolnieniu lekarskim w domu. Niedziela codziennie. I wbrew pozorom, mając mnóstwo wolnego czasu okazuje się, że on gdzieś tak szybko ucieka. Należę do osób, które dzień muszą mieć wypełniony pod korek, inaczej klapa. Łatwiej mi się wtedy zorganizować, w przeciwnym razie spędzam godziny robiąc rzeczy całkowicie bezproduktywne.


Dzisiejszy dzień - moje urodziny - również spędziłam samotnie. Bez rodziny, która zmaga się z inwazją wirusów i w trosce o mnie i maleństwo nie chcą ryzykować. Bez przyjaciół zajętych swoimi sprawami. Bez męża, który ratuje życie. Co tu świętować? Kolejny siwy włos? Pierwszą zmarszczkę? Może to wydać się dziwne, ale ja lubię spędzać czas sama. Lubię swoją obecność. Lubię nie musieć nic. Przywykłam. Nie stękam, nie jęczę. Hmmm za chwilę już nigdy nie będę sama. W zasadzie...od sierpnia nie jestem sama :)

W zasadzie ten dzień dobiega końca. Zjadłam pół tortu czekoladowego, wypiłam hektolitry herbaty, przeszłam internet, przeczytałam dwie książki, które okazały się stertą bzdur - ale o tym napiszę w tygodniu, bo temat ważny. Nie zdmuchnęłam świeczek - pierwszy raz odkąd pamiętam, nie miałam tortu ze świeczkami. Cóż, ziemia nadal się kręci, zresztą jakbym zdmuchnęła to kto bił by mi brawo?

Towarzystwa dotrzymuje mi mój syn, który z niesamowitą energią okopuje moje wnętrzności i wciska nunki pod żebra. Wypina dupeczkę, brzuch faluje jak meksykańska fala, a przekręcenie się z boku na bok z każdym dniem robi się coraz trudniejsze. Moje ciało przechodzi metamorfozę - serio - tak źle nie było jeszcze nigdy. Nie ma sensu wspominać o inwazji tłuszczu, opadających pośladkach i cellulicie, który niedługo wejdzie mi chyba nawet na policzki. Będę mamą. Kurde. BĘDĘ MAMĄ. Już niedługo będę tulić malutką istotkę w ramionach, stanę się jeszcze bardziej cukieruśkowosłodziutka zdrabniając wszystko po drodze. Ostatnie dni względnego spokoju. Myślicie, że można się wyspać na zapas?

Kończę - bo pada mi bateria, a zgubiłam gdzieś ładowarkę. Niewygodnie siedzę na łóżku i plecy zaczynają dawać o sobie znać. Obejrzę po raz setny Igrzyska Śmierci, wypiję kolejną herbatę, może zjem resztę ciasta i pójdę spać.


Tak czy inaczej - happy b-day to me.


czwartek, 10 marca 2016

Dziś są TWOJE urodziny.

Jest najważniejszy. Zawsze był.
Kursor miga i miga, bo nie wiem jak zacząć. I jak kontynuować. Tylko wiem jak zakończyć.
10 lat. 10 lat cudownej znajomości. 10 lat...to 1/3 naszego życia.
Nieznajomy na wycieczce szkolnej.
Kolega na wycieczce szkolnej.
Licealny chłopak.
Chłopak.
Narzeczony.
Mąż.
Przyszły ojciec.
Ale przede wszystkim przyjaciel.

W życiu ważne jest by znaleźć partnera. Romantyczna miłość szybko przemija. Okres euforii, namiętności, zauroczenia zastępuje rutyna, która bywa toksyczna, zwłaszcza dla pozytywnych uczuć. Wchodzi szara rzeczywistość, zwykła codzienność, sprawy przyziemne. Pojawiają się troski, zmartwienia. Oczywiście radosne momenty nie przemijają bezpowrotnie. Towarzyszą nam ciągle, to od nas zależy, którym okiem patrzymy. Tworzymy związek partnerski. Nie brakuje w nim spięć i krzywych akcji, ale w ogólnym rozrachunku większość dni wypełnia radość i spokój. Małżeństwo nas nie zmieniło. Wszystko pozostało takie samo. Pewne więzi łączące ludzi opierają się czasowi, są po prostu sobie przeznaczone.

Mojemu mężowi. W dniu urodzin. Życzę. Życzę aby nie zmieniło się nic. By każdy dzień przepełniony był miłością, radością i wzajemnym zrozumieniem. Byśmy dalej patrzyli w tym samym kierunku. Byś się realizował, spełniał zawodowo. Pochłaniał te wszystkie ortopedyczne cegły i nigdy nie tracił naukowego zapału. Przed nami wielkie zmiany - więc życzę Ci  uśmiechu na twarzy mimo nieprzespanych nocy, cierpliwości mimo orzyganej koszuli i nawału pracy. Pożyczę Ci też byś mnie kochał - zawsze, bez względu na niesprzyjające okoliczności i hormonalne, odwracalne zmiany w moim mózgu. Samych dobrych chwil, spełnienia marzeń i zdrowia. Bo ono jest najważniejsze.



Kocham.

wtorek, 8 marca 2016

Kobietą być.

Nie łatwe to zadanie - być kobietą. Przychodzimy na świat wrzeszcząc niemiłosiernie - później nie wiele się zmienia. Mężczyźni mówią, że jesteśmy jak otwarta księga - rozprawa o fizyce kwantowej w języku chińskim - ale otwarta. Mamy swoje humorki - kto ich nie ma - można zapytać. Tylko, że u nas przybierają one na sile - z minuty na minutę. Nie zastanawialiście się czasami, czemu huraganom siejącym największe spustoszenie przypisuje się żeńskie imiona? W gruncie rzeczy nie ma nad czym się zastanawiać. Rozwścieczona kobieta porusza się z prędkością światła, wrzeszczy tak, że poziom dźwięku w decybelach niebezpiecznie zmierza ku maximum, rzuca dyskiem tudzież talerzem jak Małachowski, a na koniec potrafi rozpłakać się jak dziecko. Taka z niej dobra aktorka, pierwszoplanowa, Oscarowa. Niech Was to nie zmyli - nawet gdy ogrywa rolę drugoplanową, tak na prawdę to ona pociąga za sznureczki.

Hormony. Są ważne. Bez nich - no cóż - jak żyć? A z nimi? No właśnie. Gdy nadchodzi rollercoaster ( nie, nie myśl, że jesteś go w stanie przewidzieć) emocjonalny powinno się kobietę zamykać w izolatce. W pokoju, w którym ściany wyłożone są materacami - najlepiej puchatymi i różowymi, bez klamek i okna. Są takie dni, że w niczym nie przypominamy drapieżnej tygrysicy. Jesteśmy raczej jak owieczki, potulne, milusie, kudłate i lubimy udawać, że nie wiemy, że nie rozumiemy. Bo czasami lepiej powiedzieć, że się nie rozumie kogoś, niż toczyć bezowocną, jałową rozmowę. A ile takim baraństwem można osiągnąć! ;)

Kobietę może zrozumieć tylko druga kobieta. Jeju, co za bzdura. Komunikacja jest taką działką, którą psychologowie bardzo lubią. Posiąść sztukę porozumiewania się wbrew pozorom jest bardzo trudno. Bo to przecież nie tylko wymiana głaskami. Język, którym się posługujemy jest zróżnicowany, zależnie od tematu, osoby, sytuacji. Ile pustosłowia, ględzenia, motactwa, mijania się z prawdą, nadinterpretacji, gubienia tematu zalewa dzisiejsze kontakty. Zwykle w procesie komunikowania się ludzie mają tendencję do mówienia, ubierania komunikatów w kwieciste słowa, przekonywania, nadawania. Niewielu zdaje się aktywnie słuchać. A dobry rozmówca to nie ten, który zalewa słowami, lecz ten, który nie tylko słyszy, ale też słucha, nie ocenia, nie interpretuje - bo przecież interpretacja jest rzeczą subiektywną. Komunikując się z innymi zawsze odsłaniamy siebie - chcąc tego czy nie. Wszystko to co mówimy ujawnia jakąś prawdę o nas, o naszym systemie wartości, stosunku do świata i ludzi. O ukrytych, wypieranych do podświadomości kompleksach. A komunikacja między dwiema kobietami częściej kończy się tragedią, niż ta z mężczyznami. Bo zamiast słuchać - interpretujemy przez pryzmat naszych wewnętrznych przekonań, szukamy w komunikatach tylko tych treści, które mogłyby potwierdzić nasze [ często  nietrafne ] przekonania. Kobiety szukają drugiego dna, w sposób pretensjonalny operują słowami, nie zdając sobie sprawy, że dokonują aktu agresji słownej. Rozmowa mężczyzn jest zawsze konkretna. Nic więc dziwnego, że przyjaźń między kobietą i mężczyzną homoseksualnym uważana jest za najbardziej satysfakcjonującą.

Będąc kobietą mamy określone role do spełnienia. Jest to głęboko zakorzenione w naszej kulturze i naturze. Kobieta przez 9 miesięcy nosi pod sercem dzidziusia, znosi trudy ciąży, przeżywa męki w dniu porodu. To ona będąc matką zaczyna stanowić centrum wszechświata. Gigantyczną kulę - dosłownie - która przyciąga ciała niebiańskie. Wydaje na świat potomstwo, opiekuje się nim, nie narzeka, że nie przespała nocy, znajdzie czas na posprzątanie mieszkania, ale ogolić nóg zwykle zapomina. Mama wie najlepiej jak zrobić płatki z mlekiem, mama robi najlepsze kakao, tylko mama potrafi ukoić płacz, to mama ma zawsze racje. Tata też jest fajny - pozwoli wyprać psa w pralce, pogra razem w xboxa, ukradnie ulubiony model samolotu by bawić się nim po cichu pod stołem, udając jak ciężko pracuje. Kobieta w rodzinie to świątynia. Na niej się wszystko kończy i zaczyna. Gdy jej nie ma następuje chaos, armagedon. Wszędzie skarpetkowe kopce kreta, zlew straszy, a złodziej wchodzący do mieszkania mógłby się zabić o porozwalane obuwie. Kobiety pracują CIĄGLE - jak nie zawodowo, to w domu. Ta praca trwa cały życie - najpierw wychowują psa, potem męża i dzieci. Życie ;)

Kobiety są silne. Posiadają supermoce. Są urocze, piękne, zabawne. Każda z nas jest inna i na swój sposób wyjątkowa, jednakże tak wiele w nas wspólnych cech. Każda ma wiele do zaoferowania światu. Kobieta jest ogniem, wiatrem, wodą i powietrzem. Jest burzą, sztormem, wiosennym deszczem i letnim słońcem. Kobiety są mądre, są bystre, kreatywne. Może mają problem z czytaniem mapy, jazdą autem i z założeniem żyrandola. I co z tego? Dziękuję, że jestem kobietą każdego dnia. Mimo obowiązków i niespełnionych oczekiwań. Mimo ataków histerii, paniki i nadwrażliwości.

W dzisiejszym naszym dniu życzę Wam i sobie byśmy czerpały z życia pełnymi garściami, aby uśmiech nie schodził nam z ust. Byśmy widziały świat w ciepłych, słonecznych barwach. Dużo optymizmu, zapału, wiary - że mogę, że potrafię, że dam sobie radę. Odnalezienia wewnętrznego dziecka i beztroskich chwil w tym nawale obowiązków i codzienności. Dystansu - do siebie, świata, ludzi.


Wpis troszkę półżartempółserio ;)
Ściskam.
Kama.