niedziela, 31 maja 2015

Zakopane...dozoba! :))

Jeśli jesteście już w górach i pogoda Wam nie dopisuje – nie siedźcie w domu!

My mimo fatalnej aury i lejącego deszczu wybraliśmy się na szlak – niektórzy powiedzą mało wymagający – doliny, co to za urok. A no jest. Przy pięknej pogodzie widać doskonale szczyty, granie i można zdecydować się pójść innym szlakiem, by wejść nieco wyżej.

Pierwszego dnia weszliśmy na Gubałówkę, z której mieliśmy piękny widok na całe Zakopane. Był to jedyny dzień, kiedy mogliśmy podziwiać widoki gór. W kolejnych dniach wszystko spowite było mgłą. Zjechaliśmy śmieszną dwuosobową kolejką i żeby nie tracić słonecznego dnia poszliśmy do Doliny Kościeliskiej. Za każdym razem gdy jestem w Zakopcu to wędruję tym szlakiem. Mam jakiś sentyment, wewnętrzną chęć powrotu w to miejsce.  Kolejnego dnia w deszczu przeszliśmy Dolinę Strążyską i Ścieżką nad Reglami – pfff a raczej stromą, kamienistą drogą w górę – doszliśmy do Przełęczy i zeszliśmy w dół do Doliny Białego. Tyłek i nogi bolały niesamowicie, mgła i deszcz sprawiły, że było dość mrocznie. Jednak dobre humory nie opuszczały nas nawet na chwilę – a ja jak zwykle – właziłam tam, gdzie włazić nie powinnam. Ale dzięki moim butom czułam się bezpiecznie :) Poszliśmy również do Polany Chochołowskiej – 10 kilometrów wędrówki w jedną stronę. W schronisku zjadłam przepyszny żurek – ja w ogóle codziennie jadłam żurek – takiego jak na Podhalu nie znajdziecie nigdzie!


Pogoda była różna, na szczęście bazując na doświadczeniu z poprzednich wyjazdów byłam dobrze przygotowana. Oprócz trampek, zapakowałam dwie pary butów – sportowe, lekkie Nike i buty The North Face. Adidasy na ciepłą i suchą pogodę – na mniej wymagające trasy, buty trekkingowe – na dłuższe i wyższe wędrówki, również w deszcz. Sprawdziły się idealnie. Dlaczego tak ważny jest dobór odpowiedniego obuwia? Po pierwsze chyba średnio komfortowo wędruje się gdy stopa jest cała mokra i zziębnięta – wtedy zimno odczuwane jest niemal na każdym kawałku ciała. Buty trekkingowe, które posiadam są z goratexem – więc wilgoci do wewnątrz nie wpuszczają, za to wyrzucają ją na zewnątrz. Stopa sucha! Mają również specjalną podeszwę – nie ślizga się, mimo mokrych kamieni. Również jest to duża wygoda ze względu na to, że nie odczuwa się boleśnie podłoża, po którym się stąpa. W trampkach, czy adidasach podeszwa jest cienka, czuje się niemal każdy kamyk. Co po krótkim czasie sprawia, że boli nas noga. Pamiętam moją pierwszą wyprawę w góry, kiedy to na Giewont wdrapałam się w sandałach – szczyt głupoty i lekkomyślności. Myślałam, że wezwę helikopter TOPR’u – serio. I to nie dlatego, że byłam wykończona trasą – tak bolały mnie stopy i tyłek od kilku zjazdów na pośladkach w dół, że każdy kolejny krok był męką. Byłam wściekła, klęłam pod nosem i chciałabym jak najszybciej znaleźć się w łóżku. Mimo zdobytego szczytu i prawdopodobnie pięknych widoków – których nie mogłam podziwiać, bo zmuszona byłam patrzeć na nogi i na to w którym miejscu je stawiam – wspominam ten dzień koszmarnie. Także buty to podstawa. Nawet z czyszczeniem ich nie ma problemu – wystarczy przetrzeć mokrą szmatką. Ja posiadam buty firmy The North Face, ale te Salomona wydają mi się jeszcze bardziej stabilne. Przed kolejnym wyjazdem myślę o zakupie jeszcze jednej pary – takiej, która usztywnia również kostkę. Nie ryzykujcie - przed wyprawą w góry zainwestujcie w dobre buty. Nawet w ciepłe dni, na szlaku spotkać Was może ulewny deszcz, pogoda jest dynamiczna i nieprzewidywalna.




Z tym, że warto się ubierać na cebulkę – to również prawda. Ja w ten pamiętny deszczowy dzień miałam na sobie aż 4 warstwy. Sportową bluzkę na długi rękaw Adidasa, białą, cienką bluzkę w której zawsze biegam jesienią – gdzieś na blogu już o niej pisałam. Ciepły polar i kurtkę przeciwdeszczową. Na legginsy sportowe zakładam przeciwdeszczowe spodnie – Salomon jestem wdzięczna. Ciepło, sucho i wygodnie. A jak za ciepło, to zawsze można pozbyć się którejś z warstw ; ) Aha, piątą warstwą był śmieszny deszczak zakupiony przed wejściem na trasę - wyglądaliśmy jak drużyna power rangers. Leśne, kolorowe ludki. Kurtka koniecznie z kapturem. My mamy również plecak przeznaczony na górskie wędrówki The North Face – nie przemaka, jest lekki i wygodny.


No dobra, to czas na kilka zdjęć 

środa, 27 maja 2015

Pora na krem z pora!

Będąc w górach najadłam się żuru za wszystkie czasy. Pyszny, rozgrzewający i sycący. Dzisiaj naszła mnie ochota na coś równie treściwego, ale bardziej kremowego. I ugotowałam krem z pora :)



Składniki na 3 duże porcje
- litr wywaru warzywnego
- 3 duże pory
- 1 duża cebula
- 1 średnia marchewska
- 2 średnie ziemniaki
- śmietana 30%
- 2 łyżki klarowanego masła
- gałka muszkatołowa, pierz
- grzanki czosnkowe


Przygotowanie:
Warzywka kroimy. Na maśle podsmażamy pora i cebulę. W między czasie gotujemy bulion. Gdy por i cebulka ładnie nam się zeszklą wlewamy wywar i wrzucamy pokrojone drobno ziemniaki i marchewkę. Całość gotujemy, aż warzywa będą miękkie. Zupę zdejmujemy z ognia i blendujemy. Na koniec wlewamy 100 ml śmietany 30%. Doprawiamy pieprzem i gałką muszkatołową. Ponownie stawiamy garnek na ogniu i gotujemy do zagotowania. Na patelni rumienimy grzanki i posypujemy nimi zupę. Omniomniom!


Łatwo, szybko, smacznie i zdrowo :)

Jakie zupy kremy Wy polecacie?

wtorek, 26 maja 2015

Góralu....czy Ci nie żal!?

W końcu mogę napisać, że naprawdę odpoczęłam i naładowałam wewnętrzne akumulatory. I chociaż sposób w jaki spędziłam ostatnie dni był mega intensywny, wymagał dużo wysiłku fizycznego i czasami walki z samą sobą, to czuję się lekka, świeża, odmieniona. Mam wolny umysł, nie zatruwają mnie negatywne myśli i obawy. Żyję ‘tu i teraz’. Cieszę się tym, co przynosi każdy dzień ;)

Kocham góry. Niesamowite widoki zapierające dech w piersiach. Człowiek wspinając się na jakiś szczyt czuje się taki malutki. Góry uczą pokory, zaskakują, zmieniają punkt widzenia i potrafią pomóc człowiekowi otworzyć oczy na wiele spraw, o których nie myśli się na co dzień, pomagając przy tym zapomnieć o smutnej, szarej rzeczywistości.

Do Zakopanego zawsze chętnie wracam i wracać będę. Odpowiada mi tamtejszy klimat, atmosfera i magia tego miejsca. Być tak blisko natury, przyrody to niesamowite doświadczenie, zarówno dla ciała jak i dla umysłu. Kilka następnych wpisów poświęcę właśnie górom. 

Jest to idealne miejsce do pracy nad kondycją fizyczną, siłą i wytrzymałością wysiłku. Sama po sobie zauważyłam, że pierwszego dnia tuż po przybyciu na miejsce miałam problem z wejściem na…Gubałówkę. Natomiast ostatniego dnia skakałam jak kozica, nie zważając na pogodę. Zakwasy miałam lekkie, kolano dopiero po ostatniej – najdłuższej wyprawie zaczęło się buntować (opuchło, zebrał się płyn). Gdyby nie pogoda – na którą na szczęście byłam przygotowana – o czym będziecie mogli przeczytać jutro – pewnie zdobylibyśmy więcej szczytów – jednak w tych warunkach było to nie tylko niebezpieczne, ale i uciążliwe.


W ciągu czterech dni pokonaliśmy 46 kilometrów - tyle udało mi się zliczyć. Zarówno w słońcu jak i w ulewnym deszczu. Przeżyłam burzę życia – takiego nieba i błyskawic nie widziałam nigdy!

Trasy naszych wędrówek możecie zobaczyć poniżej. Niestety nie używałam endomondo na bieżąco, ze względu na zbyt szybkie pochłanianie baterii w telefonie i brak zasięgu w dalszych partiach gór.


Zaraz po przyjeździe weszliśmy na Gubałówkę, z której zjechaliśmy śmiesznym, dwuosobowym wyciągiem. Tego samego dnia poszliśmy do Doliny Kościeliskiej. W nocy pogoda się popsuła. Kolejnego dnia, w strugach deszczu przeszliśmy przez Dolinę Strążyską i dalej czarnym szlakiem ścieżką Nad Reglami. Doszliśmy do Doliny Białego i wzdłuż Białego Potoku doszliśmy do mety naszej wędrówki. Kolejnego dnia przeszliśmy Dolinę Chochołowską – chochoł w końcu odwiedził rodzinne strony ;D Kilometry zrobiliśmy również spacerując po Krupówkach, zajadając się naturalnymi lodami i oscypkami z żurawiną.


A już jutro relacja ze szlaków i o tym, co zabrać ze sobą w góry.




czwartek, 14 maja 2015

Podkład idealny potrzebny od zaraz.

Należy do tego typu kobiet, które bez podkładu nie wyjdą z domu. Niestety moje zdrapki i skrobanki zaprocentowały sporymi przebarwieniami, które staram się ukrywać. Wciąż poszukuję podkładu idealnego. Idealnego, czyli takiego, który poradził by sobie z pokryciem tego co chcę ukryć przed całym światem i sobą samą :) , nie tworząc przy tym efektu maski. Może z czasem zainwestuje w metody kosmetyczne, które sprawią, że poczuję się lepiej. Póki co szpachluję twarz :)

Przez dłuższy czas używałam podkładu od Vichy i byłam z niego zadowolona. Był wydajny, dobrze krył, jednak twarz wydawała mi się sztuczna i ciężka. W trakcie Rossmanowej promocji kupiłam trzy podkłady, których obecnie używam - oczywiście nie wszystkich jednocześnie, tylko zamiennie. Kosmetykomaniaczką nie jestem, ale myślę, że wśród czytelników znajdą się osoby, które będą mogły odpowiedzieć mi na kilka pytań i podzielić się swoimi podkładowymi typami.


1Bourjois, Flower Perfection, Fond de Teint
Dzięki ultralekkiej formule fluidu, podkład Flower Perfection przedłużający młodość skóry, wyrównuje koloryt skóry i tuszuje niedoskonałości. Jedwabista konsystencja nadaje skórze niesamowitą miękkość. A ponieważ piękna cera wymaga ochrony, dodano filtr SPF 15, aby ochronić młodość komórek.
Gładka i piękna cera - taki efekt będzie trwał aż przez 16 godzin! Wzbogacono go w wyciąg z dzikiej azalii, który jest odporny na najbardziej ekstremalny klimat i ceniony za jego właściwości regeneracyjne.
Formuła podkładu Flower Perfection przedłużająca młodość skóry jest chroniona przez szklany flakon, który ułatwi Ci wybór właściwego odcienia! Aż sześć odcieni dla każdej karnacji! (wizaż.pl).

Faktycznie, skóra jest miękka, gładka, przyjemna w dotyku. Podkład ładnie pachnie, dobrze się rozprowadza. Jednak krycie nie jest takie jakiego bym się spodziewała, raczej średnie - pokryje zaczerwienienia, ale przebarwieniom nie daje rady. Jeśli chodzi o trwałość, to niestety kiepska. Po 2 - 3 godzinach makijaż muszę poprawiać.
Raczej nie kupię go ponownie.

środa, 13 maja 2015

Kilka pytań do....

Ostatnie trzy tygodnie to była istna huśtawka emocjonalna. Od wielkiej euforii do dołka depresyjnego. Powody osobiste, zdrowotne o których wspomnienie przywołuje ciarki na całym ciele. Nie chce się o czymś takim pisać. Życie pokazuje po raz kolejny, jak bardzo bywa nieprzewidywalne i przewrotne. Jak widać wszystko w życiu muszę przeżyć. A w chwili gdy szwankuje zdrowie okazuje się, że najważniejsze osoby, rzeczy są na wyciągnięcie ręki. Marzę o spokoju i przewidywalności zdarzeń.

Piszecie dużo wiadomości na mejla, postanowiłam odpowiedzieć na kilka z nich.

1. Czy zrezygnowałam z picia kawy i jedzenia słodyczy?
Nie. Zrezygnować nie zrezygnowałam, ale bardzo ograniczyłam. Kawę rozpuszczalną zamieniłam na kawę w ziarnach, zaparzam świeżo zmieloną. Od dawna zarówno kawy jak i herbaty nie słodzę. Teraz nie byłabym w stanie wypić kubka choćby z jedną łyżką cukru, nie smakuje mi. Jeśli chcę osłodzić herbatę - zwłaszcza moją ulubioną różaną z wanilią wtedy sięgam po cukier brązowy.
Słodycze jadam rzadko, głównie gdy najdzie mnie duża ochota. Jednak nie jadam wszystkiego. Nie jem czekolad, batonów i ciastek - no chyba, że oreo ;) . Sięgam chętnie po żelki.


2. Czy jem białe pieczywo, bułki kajzerki itp.
Nie. Chleb kupuję pełnoziarnisty, ciemny. Z bułek zrezygnowałam całkowicie. Są nadmuchane, napompowane, mają większy IG. Mogłabym zjeść dwie takie buły i wciąż czułabym się głodna. Bardzo chciałabym zacząć wypiekać chleb samodzielnie, jednak wciąż wykręcam się brakiem czasu.


3. Czy piję sklepowe soki owocowe?

Nie. Chyba, że zmusi mnie do tego sytuacja. Zawierają dużo cukru i innych składników, które mnie skutecznie od nich odstraszają. Wyciągnęłam dawno zapomnianą sokowirówkę i soki owocowe robię sama w domu. Mój ulubiony - jabłko, gruszka i ananas :)


4. Czy mam dietetyczne grzeszki?
Jasne, że tak. Między innymi jestem cocacolą pijcą. Mam ogromną trudność, żeby z niej całkowicie zrezygnować, choć zdaję sobie sprawę z tego, co znajduję się w jednej puszeczce napoju - cukrowa bomba.

5. Jak najchętniej spędzam czas wolny?
Ostatnio uciekam w książki.


6. Czy nadal biegam?
Niestety nie. Boję się o moje kolano, więc głównie spaceruję, jeżdżę na rowerze.


Życzę Wam dużo zdrowia i pogody ducha.
Kama.