poniedziałek, 25 listopada 2013

Niskokaloryczne substancje słodzące.

Badania nie kłamią. Otyłość to już nie choroba cywilizacyjna, to epidemia, która sięga coraz większą ilość populacji.  Staje się przyczyną wielu chorób, które mają istotny wpływ na zdrowie i jakość życia. Gdyby zmniejszyć bilans energetyczny i rozruszać społeczeństwo być może nie byłoby na świecie aż tak dużego problemu.  Jednak jak niejeden z nas przekonał się na własnej skórze, zmiana stylu życia nie jest sprawą prostą i oczywistą.  Jest zależna nie tylko od nas samych, ale również innych uwarunkowań zewnętrznych, które nie rzadko stają się przeszkodzą nie do pokonania. Sprawa niby prosta, ale w gruncie rzeczy niezmiernie skomplikowana.

 Jeśli miał byś z dnia na dzień porzucić słony smak – przyszło by Ci to z łatwością.  Człowiek jest w stanie odzwyczaić się od słonego smaku w przeciągu 24-72 godzin. Trudniej poradzić sobie z preferencjami do słodkiego smaku, który towarzyszy nam już od pierwszych dni życia.  Kto z nas nie próbował maratonów bez słodyczy, ręka w górę. Nie było to łatwe, często też skutkowało pochłanianiem dwukrotnie większych porcji słodkości, co prowadziło do  dodatniego bilansu energetycznego, co z kolei skutkowało odkładaniem się tłuszczu i wzrostem masy ciała.  

Aby zmniejszyć ryzyko otyłości, jednocześnie nie stawiając człowieka przed koniecznością zrezygnowania ze smaku słodkiego w przemyśle spożywczym zaczęto stosować niskokaloryczne substancje słodzące – słodziki.  Są to związki o słodkim smaku, których wartość kaloryczna jest bardzo niska, często zerowa. Ze względu na ich bardzo intensywny smak dodawane są do produktów spożywczych w bardzo małych ilościach. Głównie sięgają po nie osoby na diecie redukcyjnej oraz te ,które chcą utrzymać konkretną – wymarzoną wagę ciała.

Środki słodzące dzielą się na dwie grupy. Pierwsza grupa to intensywne środki słodzące: acesulfam K (E 950), aspartam  (E 951), sól aspartamowo-acesulfamowa  (E 962), cyklamianiany (E952),taumatyna (E957), Sukraloza (E955). Druga grupa to poliole – sorbitol (E420), mannitol (E421), ksylitol (E 967).

Wszystko w nadmiarze szkodzi, czyli sztuka znalezienia złotego środka.
Jaka ilość substancji słodzących ma zostać użyta w produkcji danego produktu zależy od danych toksykologicznych. Określa się maksymalny poziom substancji dodatkowych,który nie powoduje żadnych efektów toksycznych – w skrócie ADI.  ADI to ilość substancji dodawanej do żywności, która może być pobierana wraz z dietą w ciągu doby przez całe życie bez wywołania jakichkolwiek problemów zdrowotnych.  Aby móc kontrolować ilość spożytych substancji słodzących produkty muszą zawierać etykiety z informacją jaki środek i w jakiej ilości został użyty.


Co z tym zdrowiem?
W sieci często możemy spotkać się z informacjami o szkodliwym wpływie słodzików na nasze zdrowie. Sacharynie zarzuca się działania rakotwórcze, nadmiar słodzików ma powodować biegunkę, aspartam sprzyjać rozwojowi nowotworów mózgu, chłoniaków, chorób neurodegeneracyjnych.
Odnosząc się do tych doniesień Polskie Towarzystwo Badań nad Otyłością oraz Polskie Towarzystwo Diabetologiczne jasno wyraża swoje zdanie.  Ostatnio przeprowadzone badania (u ludzi) nie potwierdzają szkodliwego, kancerogennego wpływu sacharyny i aspartamu na ludzi organizm.

Należy jednak zaznaczyć,że spożywane produktów spożywczych, których kaloryczność została obniżona dzięki zastosowaniu substancji słodzących nie może być jedynym elementem zmiany stylu  życia! Jest to sposób na zaspokojenie potrzeby słodkiego smaku. Pamiętajmy o ruchu i pozostałych zasadach zdrowego stylu życia. Zachowajmy rozsądek i umiar. 

Zastąpiłyście cukier słodzikami?

czwartek, 21 listopada 2013

Trening morderca.

Dzisiejszy dzień minął szybko i spokojnie. Zaczęłam dbać o moją kondycję psychiczną - czyli generalnie mniej się denerwować, zlewać mało istotne sprawy, nie przejmować się drobnostkami, a do problemów podchodzić z rozwagą, spokojem i powstrzymywać się od pochopnego działania. Zauważyłam, że przez to jestem bardziej radosna, mniej spięta i marudna. To dobrze.

Kolejna rzecz, która się u mnie zmieniło w ciągu tych kilku dni to ograniczenie spożywania węglowodanów złożonych. Nie, że musiałam. Po prostu jakoś nie miałam na nie ochoty, mój organizm nie domagał się makaronu czy ryżu, wystarczało mi mięso z dużą ilością warzyw. Jedynym źródłem węglowodanów był dzisiaj ryż w sushi.

Dzisiaj na trening szłam pełna zapału, naładowana i nakręcona pozytywną energią.


Zrobiłam rozgrzewkę, połowę siłowego i odcięło mi źródło prądu Oo. No to poszłam na bieżnię. To był chyba najdłuższy mój bieg ever. Myślałam, że ducha wyzionę, minut płynęło jakoś wolno a biegło mi się fatalnie. Przeszkadzało mi dosłownie wszystko - począwszy od mokrych włosów, skończywszy na beznadziejnej muzyce. Jakimś cudem udało mi się dzisiaj zakończyć trening. Zastanawiam się jaką rolę odegrała mniejsza ilość węglowodanów.




Szczęśliwa, zmęczona - idę spać. Już jutro piątek, wymarzony, długo wyczekiwany, wolny od podróży weekend. Plany? Nacieszyć się narzeczonym i nadrobić zaległości książkowe i artykułowo-blogowe.

Myśl dnia z przymrożeniem oka ;)

Skoro 1 kilogram tłuszczu ma 7000 kcal, to zostało mi ..... 7000- 1400 = 5600 ;D


wtorek, 19 listopada 2013

Gdy Ci smutno, gdy Ci źle idź na trening, wyżyj się !


Pamiętam, że gdy jeszcze regularnie biegałam na zewnątrz trafiały się treningi zupełnie nie zaplanowane. Były one głównie podyktowane moimi emocjami - tymi negatywnymi. Złość, gniew, smutek, żal. Nie wkładałam głowy pod kołdrę i nie płakałam użalając się nad swoim marnym losem. Nie robiłam z siebie ofiary, bo wiem, że gdybym na to pozwoliła, moja ocena rzeczywistości byłaby jeszcze bardziej zniekształcona. W obliczu przykrości, krzywdy czy złości ludzie reagują inaczej - jedno rzucają talerzami, drudzy topią smutki w alkoholu, jeszcze inni popadają w letarg, nie robią nic, biernie czekając, że coś się zmieni. Zanim zaczęłam drobnymi krokami wprowadzać zmiany stylu życia przeważnie płakałam, albo kumulowałam w sobie napięcie. Teraz znalazłam lepszy sposób - zły nastrój, nieoczekiwanie stał się źródłem motywacji i motorem napędowym do większej aktywności.

Dzisiejszy trening był zaplanowany, to był mój dzień. Może właśnie dlatego, że jakiś dzisiaj do południa dzień był kiepski. Jakiś taki senny, męczący, drażliwy, depresyjny, przygnębiający, sprzyjający leżeniu i nicnierobieniu.

Jestem z siebie zadowolona.




Przypomniało mi się, że gdzieś w domu leży nieużywany pulsometr. Postanowiłam w końcu zacząć go zabierać ze sobą na trening. Ustawienie go zajęło mi całą rozgrzewkę jazdy na rowerze, ale po 10 minutach się udało. Dzisiaj na siłowni było troszkę luźniej niż zazwyczaj, jednak coraz bardziej zaczyna dokuczać mi duchota.
Łącznie trening zajął mi 80 minut.
- 10 minut rozgrzewka na rowerze
- trening siłowy - rozpiętki, uginanie nóg na maszynie, prostowanie nóg na maszynie ( w trzeciej serii zrobiłam 10 powtórzeń 15 kg ;D), wykroki - 30 minut.
- bieganie - 40 minut. Zdecydowanie dzisiaj był dzień biegania. Wyżyłam się, wyszalałam na bieżni i czuję się doskonale. Przyjemnie zmęczona.Wolna od toksycznych myśli.




Jestem zadowolona. To był dobry dzień, to był dobry trening.

niedziela, 17 listopada 2013

Krótkie podsumowanie i plan treningowy na kolejne dwa tygodnie.

Hejka :)
Mamy koniec tygodnia, więc to odpowiednia pora na podsumowanie tych 6 dni akcji dupa sama się nie zrobi.

Nie był to mocno intensywny tydzień - zrobiłam w ciągu tych sześciu dni tylko dwa treningi.
Trening A na siłowni, dodatkowo 30 minut cardio - bieg na bieżni, oraz Trening B w domu.
Prawda stara jak świat - najgorsze zakwasy są dwa dni po treningu - i u mnie to się niestety sprawdza. Po wykrokach i uginaniu nóg na maszynie miałam takie bóle nóg, że nie mogłam ukucnąć i chodziłam jak połamana :) Chociaż nie powiem, była to przyjemna forma bólu. Dodatkowo w ciągu tych sześciu dni zrobiłam 10 kilometrów spacerując - małymi kroczkami, wierzę, że w tym tygodniu będzie intensywniej.

Jeśli chodzi o sposób odżywiania się to jestem zadowolona. Miałam tylko jedną wpadkę - powiedzmy, że to mój taki duży cheat meal - słodka bułka z makiem na śniadanie popita kubkiem karmelowej kawy rozpuszczalnej, ale bez cukru - choooociaż! Jak by się uparł lepsza bułka niż brak śniadania. Bo jak się dowiedziałam w szkole, nie ma niezdrowego jedzenia ;) Niezdrowe jedzenie nie zostałoby dopuszczone do sprzedaży, więc nie wolno nam używać takiego określenia, bo jest ono niepoprawne.


12.11.2013
13.11.2013
14.11.2013
15.11.2013
16.11.2013
17.11.2013
18.11.2013
TRENING A
30 min. cardio
RESET
TRENING B
30 min. spacer
RESET
Reset/ szkoła
4 kilometry
spaceru
Reset/ szkoła
2 kilometry spaceru
TRENING B
19.11.2013
20.11.2013
21.11.2013
22.11.2013
23.11.2013
24.11.2013
25.11.2013
TRENING A
RESET
RESET
TRENING A
TRENING A
RESET
RESET
26.11.2013
27.11.2013
28.11.2013
29.11.2013
30.11.2013
01.12.2013
02.12.2013
TRENING A
RESET
TRENING B
TRENING A
RESET/Szkoła
Reset/Szkoła

03.12.2013
04.12.2013
05.12.2013
06.12.2013
07.12.2013
08.12.2013
09.12.2013







10.12.2013
11.12.2013
12.12.2013
13.12.2013
14.12.2013
15.12.2013
16.12.2013







17.12.2013
18.12.2013
19.12.2013
20.12.2013
21.12.2013
22.12.2013
23.12.2013







24.12.2013
25.12.2013
26.12.2013
27.12.2013
28.12.2013
29.12.2013
30.12.2013







31.12.2013








Tak przedstawia się plan na nadchodzące dwa tygodnie. 
I pamiętajcie ! 

Porażki to nieodłączny element dochodzenia do celu ;)

piątek, 15 listopada 2013

To już jutro!!!!!! ;)))

To już jutro! :)
Jestem mega podekscytowana, nie mogę się już doczekać pierwszego zjazdu, nowej wiedzy, masy informacji.

Nocuję w zakonie sióstr franciszkanek, więc o treningu nie ma mowy ;) Odcięta od komputera. W końcu odpocznę, pochodzę warszawskimi uliczkami, powdycham spalin, pomyślę, nabiorę dystansu.

Życzę Wam udanego weekendu ;)

czwartek, 14 listopada 2013

Błoto z Morza Martwego - walka o piękną cerę.

W okresie jesienno-zimowym zawsze narzekam na kondycję mojej skóry i twarzy. Jest nie tylko przesuszona, ale też bardo delikatna, wrażliwa, widać przebarwienia, plamki. Zaczęłam tworzyć listę grudniowych, naturalnych kosmetyków, planuję wybrać się również na kurację kwasami. Póki co próbuję ratować się jak mogę w warunkach domowych.

Dzisiaj po treningu i wieczornym spacerze z psem postanowiłam wypróbować nowy nabytek - Błoto z Morza Martwego.



Korzyści ze stosowania Błota z Morza Martwego są bardzo liczne. Błoto z Morza Martwego jest mieszanką pierwiastków i minerałów występujących w wodzie Morza Martwego, jak takze składników organicznych, występujących wzdłuż linii brzegowej. Połączenie obu tych elementów -  pierwiastków i minerałów występujących w wodzie Morza Martwego oraz substancji organicznych - powoduje powstanie niepowtarzalnego środka terapeutyczno-kosmetycznego. 

- oczyszcza skórę
- zwęża pory
- złuszcza martwy naskórek
- stymuluje regeneracje skóry
- odżywia
- pielęgnuje
- niweluje podrażnienia i zaczerwienienia

Błoto mineralne z Morza Martwego leczy rany, ożywia cebulki włosów oraz eliminuje łojotokowe zapalenie skóry i łupież. Nakładanie błota pomaga wyprostować zmarszczki oraz opóźnia proces starzenia skóry. 
Stwierdzono również leczniczy wpływ błota na migrenę oraz bóle głowy. Nakładanie 
błota na stawy oraz kręgosłup wywiera leczniczy wpływ na przeróżne choroby: artretyzm, zapalenie kości i chrząstki, zapalenie szpiku kostnego, zapalenie nerwu, reumatyzm, psychologiczny stres, zmęczenie oraz bezsenność. źródło





 I tak przygotowaną papkę nakładamy na twarz. Różne źródła podają różny czas trzymania preparatu na skórze. Jedno ze źródeł podaje 0d 2-3 minut, drugie natomiast mówi nawet do 15.

Ja po nałożeniu papki na twarz od razu poczułam swędzenie i pieczenie - podobnie jak w przypadku nakładania maści czy płynów dermatologicznych. Początkowo się zaniepokoiłam, ale doczytałam, że jest to normalna reakcja skóry. Natomiast jeśli dodatkowo zaobserwujecie obrzęk - niezwłocznie zmyjcie błoto z twarzy. 
Jeśli chodzi o zapach to jest on nijaki - ja czuję moją piwnicę :D. Zapach ten przypomina mi również strych z butwiejącym krewnem, albo muł rzeczny - ale jest to bardzo delikatny zapach, niemalże niewyczuwalny. Niektórzy producenci dodają do błota olejki eteryczne czy inne substancje chemiczne poprawiające zapach - jednak może to niekorzystnie wpływać na skórę.


Faktycznie! Skóra jest przyjemnie miękka, delikatna, nie błyszczy się, wydaje się być dobrze oczyszczona. W trakcie zmywania błota zrobiłam dodatkowo lekki peeling. Niestety skóra jest również zaczerwieniona w miejscach gdzie były niedoskonałości - zdrapana krostka, niezagojona ranka - mam nadzieję, że do jutra czerwone plamki znikną.

Znacie ten produkt? 


środa, 13 listopada 2013

Dupa bez diety, to kiepska dupa.

Nie lubię określenia dieta. Dieta kojarzy mi się z czymś ściśle ustanowionym, z zakazami i nakazami. Z przymusem, niepotrzebnymi  wyrzutami sumienia. Jednak w ciągu ostatnich miesięcy w moim codziennym jadłospisie pojawiło się kilka produktów, z których spożywania nie jestem dumna, ale w ogólnym rozrachunku wolałam zjeść zupkę chińską niż głodować. Teraz moje myślenie przeszło na inny tor i chcę być badziej świadoma tego co jem i w jakich ilościach. Bardzo zależy mi również na wnikliwej obserwacji mojego ciała - celem jest zaobserwowanie jak reaguje ono na poszczególne produkty.
Doszłam już do tego, że nie mogę jeść za dużo owsianki - bo po niej mam słoniowaty, mega wzdęty brzuch - bez względu na ilość spożytej wody. Dlatego jadam ją bardzo rzadko, ale nie wykluczyłam jej calkowicie.

Na samym początku muszę napisać o tym, że jestem przeciwna astezie w jadłospisie - nawet na redukcji. Moim celem w trakcie akcji dupa sama się nie zrobi, jest zredukowanie jak największej ilości tkanki tłuszczowej  - to po pierwsze, po drugie dążę do wzmocnienia mięśni, zwiększenia siły i wytrzymałości, po trzecie końcowe kształtowanie sylwetki - wedle schematu już utartego w mojej głowie. Hedonizm jest spoko, hedonizm jest potrzebny. Nie wierzę, że  w okresie Świąt Bożego Narodzenia nie zjem wigilijnych pierogów, nie skosztuję ciasta babci, czy nie napiję się kieliszka wina, albo czterech. I nie mam też zamiaru sobie tego zakazywać. Mam wiedzę, czego powinnam unikać i to mi wystarcza. Jeśli zjem coś z mojej listy produktów, których pragnę uniknąć nie stanie się tragedia - ale będziecie o tym wiedzieć.

Jeśli chodzi o wartość kaloryczną w ciagu dnia to nie chciałabym aby przekraczała ona 2000 kcal. Jeśli chodzi o liczenie kalorii to w moim przypadku nigdy się ono nie sprawdziło. Kilka razy zakładałam dzienniki dietetyczne, a po chwili o nich zapominałam. Dzięki temu, że mam zawsze telefon przy sobie mogę dokumentować to co zjadam. Jeśli znajdę czas, dodatkowo, tygodniowe zestawienie posiłków będę wzbogacać o dziennik ze szczegółową rozpiską. Jeśli znajdę czas.

W moim jadłospsie będą:

  •  białko - mięso, ryby, jaja, rzadziej twaróg, z nabiału serek wiejski, jogurt natualny, mleko 2.0% tylko do kawy, ser feta <3 <3 <3 
  • węglowodany złożone - kasza, ryż, makaron - głównie w dni treningowe
  • węglowodany proste - owoce, miód, konfitury/dżemy 
  • tłuszcze - awokado, oliwa z oliwek, olej sezamowy, olej kokosowy,  olej słonecznikowy do smażenia
  • warzywa 
  • majonez - sorry. Majonez <3 <3 <3 - w sumie to jadam łyżkę raz na dwa tygodnie, to chyba nie jest jakiś wielki grzech redukcyjny. Ostatnio też doszłam do wniosku, że przecież sama mogę ukręcić majonez. 
  • orzechy i nasiona
Będę unikać:
  • słodyczy - jak nie jem to nie jem, jak spróbuję, posmakuję to przepadam, nie potrafię się zatrzymać. 
  • ciast, tortów, babeczek 
  • białego pieczywa
  • napojów gazowanych 
  • fast food'ów 
  • owsianki
  • chipsów, krakersów, paluszków
  • naleśników z owocowym sosem - polecam sos Suzete - mega pyszne naleśniki. Mój narzeczony stanął na głowie i zaskoczył mnie totalnie. 

Rezygnuję z:
  • ziemniaków gotowanych. 
  • kukurydzy
  • ostatnio opuchnięta jestem również po długotrwałym jedzeniu kaszy gryczanej - nie wiem czy to sprawa kaszy, czy miesiączki. Do obserwacji.

Założenie jest takie, że każda z nas może sobie pozwolić raz w tygodniu na cheatowe święto. U mnie często jest tak, że jak już świętuję, to świętowania nie ma końca. Nie zakładam małych, dużych odstępstw. Jeśli się coś pojawi, to po prostu o tym napiszę. 

Wklejam kilka przykładowych obiadów z bieżącego tygodnia.








Dzisiejszy jadłospis, gdy pracuję od 7.00 do 19.00.  O 6.00 wychodzę z domu, wracam o 20.00

5.50 - serek wiejski z kiełkami rzodkiewki i ogórkiem; banan; kawa
8.45

13.45



18.00 - jedna kanapka jak na śniadanie, grejpfrut

20.40




wtorek, 12 listopada 2013

Też doszłam do wniosku, że dupa sama się nie zrobi ;) - trening.

Większość z Was zapewne słyszała już o akcji zapoczątkowanej przez dwie fitblogerki - Gosię i Roodah.
Czasami utwierdzam się w przekonaniu, że jestem dziwna. Dziwnie reaguje, często zaskakując tym samą siebie. Dzisiaj od razu po pracy pojechałam na siłownię, kupiłam karnet i zaczęłam ćwiczyć, biegać w szalonym tempie i śmiać się pod nosem. To co jest teraz - to jak wyglądam i to kim jestem  - przestało mi wystarczać. Mój ośrodek motywacyjny został mocno przystymulowany, powstał nowy cel, nowy termin określony ramą czasową. Wiążę się to z wieloma rzeczami, które same w sobie zaczynają mnie napędzać. Jestem jak rozpędzona kulka energii ! Kuling rocks!!!!!!!!!

I chociaż moim końcowym terminem jest początek czerwca - to postanowiłam dołączyć do akcji DUPA SAMA SIĘ NIE ZROBI - podoba mi się hasło przewodnie, lubię dziewczyny, które akcję współtworzą i uważam, że każda forma motywacji jest dobra. A jeśli przy tym można bliżej poznać inne blogerki? Decyzja wydawała się prosta.

Dzisiaj przedstawię Wam założenia moich treningów. Oczywiście wszystko będzie się zmieniać w trakcie trwania metamorfozy.

TRENING A - SIŁOWNIA - 2 do 3 razy w tygodniu

  • 15 minut rower
  • rozpiętki na maszynie
  • unoszenie tułowia - plecy
  • prostowanie nóg na maszynie
  • uginanie nóg na maszynie
  • wykroki z hantlami
  • uginanie ramion 
  • 30-45 min. cardio - bieżnia, orbitrek.

3 serie po 15 powtórzeń. 
TRENING B - DOM
Tylko w domu będę ćwiczyć brzuch. Mam psychiczne opory w ćwiczeniu tej części ciała na siłowni. Chyba nie wiem do końca o co mi chodzi, ale raczej się wstydzę. Dodatkowo dorzucę kilka ćwiczeń na nogi i pupę.

  • spięcia - z nogami na podłożu i nogami uniesionymi do góry
  • spięcia na skośne brzucha
  • deska max czas.
  • unoszenie nóg w leżeniu
  • unoszenie bioder
  • przysiady w rytmie
  • wejście na wysokie podwyższenie 
  • inne ćwiczenia na tyłek i nogi - które mam przed oczami, ale nie znam ich nazw ;)
  • 15 - 30 minutowy, wieczorny spacer z psem.
Tak to właśnie wygląda. Mam nadzieję, że nie odnowi mi się kontuzja kolana, bo to byłby koszmar. Do końca grudnia nie planuję zmian w moim treningu. Jeśli macie jakieś sugestie, propozycje dodatkowych ćwiczeń, ewentualnie wskazówki - to bardzo chętnie je poznam. Chcę się uczyć i eliminować błedy.



Pozdrawiam i zapraszam na jutrzejszy wpis o założeniach dietetycznych ;D 




poniedziałek, 11 listopada 2013

Czy aby nie przesadzam?

Mój wczorajszy post dał mi sporo do myślenia, konkretniej komentarze do niego. Sama zaczęłam się zastanawiać po co mi blog, jak to się zaczęło i co chce przy jego pomocy robić. Przyznam się, że myśląc o tym doszłam do wniosku, że trochę się zagubiłam. 

Patrząc na całą tzw. fit blogosferę można zauważyć dość wyraźnie pewną tendencję: zdrowy tryb życia = asceza. Oczywiście jest to swojego rodzaju uproszczenie, ale nie da się ukryć, że coraz częściej tak jest. 
Taki ekstremizm wkrada się w nasze życie i otoczenie coraz częściej, widać na blogach osoby do przesady przestrzegające diety, dbające o wygląd zewnętrzny, makijaż, stylizacje. Czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy wszyscy mamy się wzorować na środowisku fitness - ludziach, którzy z tego i tym żyją? Czy pisząc kilka słów o modzie musimy już być modelką, znać wszystkich projektantów, itd?  Może chcemy tylko pokazać innym kim jesteśmy, z kim czytelnik ma do czynienia, co nam się podoba a co nie. Przecież nasze życie ma wiele więcej odcieni i barw, mamy różne zainteresowania i podejście do tego świata. Czym jest blog? Właśnie furtką do kawałka świata autora.

Zakładając bloga chciałam mieć większą motywację do zmiany swojego stylu życia, może zmotywować do tego innych, a przynajmniej skłonić ich do refleksji. Na początku patrzyłam na świat szeroko, blog miał być jednocześnie drzwiami i oknem, aby to postrzeganie jeszcze poszerzyć, a nie zawężać.

Nigdy nie miałam aspiracji, żeby zostać gwiazdą fitness, więc czemu miałabym tak żyć? Chce być zdrowa, dobrze się czuć, dobrze wyglądać, ale też mieć czas na wiele więcej rzeczy. Czy to, że ze smakiem zjem łyżkę majonezu, czy białą bułkę, bądź kawałek czekolady coś zmieni? Oprócz tego, że na buzi zagości uśmiech to z pewnością nie, bo zrobię to raz na tydzień czy dwa. Czy zawsze musimy wyglądać super modnie i mieć nienaganny makijaż i fryzurę? Może jurto nie umaluję rzęs, bo zaczytam się w fajnej książce, albo włożę nie idealnie pasujące do reszty buty, bo będę zafascynowana nową, świetną płytą czy filmem. Nie wszystko co o nas świadczy można znaleźć na zewnątrz, więc czemu tam najczęściej szukamy?

Do głowy przychodzi mi jedno najbardziej pasujące do dzisiejszego świata słowo - przesada. 
Od dziś będę starała się jej bardzo unikać i myślę, że to uczyni mnie dużo zdrowszą i szczęśliwszą :)
 

niedziela, 10 listopada 2013

Cykl "alternatywne wybory"

Dziś napiszę kilka słów o tym jak łatwiej zaadoptować się do zmiany diety na "zdrową". Wszyscy mamy swoje przyzwyczajenia, do których ostatnimi czasy "pomocną dłoń" przyłożyły koncerny spożywcze. Wszędzie wokół nas krążą smaczniejsze (przynajmniej tak się nam wmawia) odpowiedniki tradycyjnej żywności. Kto nie próbował fast foodów, jogurtów owocowych z tonami cukru, "wód smakowych", itd...?
Przez tę całą żywność znacząco zmienia się nam wszystkim smak i tolerancja słodyczy w pożywieniu.
Ciężko z dnia na dzień zrezygnować ze wszystkiego co czasem jest na prawdę smaczne a jeśli nie to po prostu się do tego przyzwyczailiśmy, spróbuję nieco w tym pomóc.

Ja osobiście miałam spory problem z ominięciem fast foodów i jedzenia "na mieście", do dziś kiedy gdzieś idę zawsze zwracam uwagę na bary i restauracje:P

Przede wszystkim musimy się przekonać, że zrobienie domowego fast food jest na prawdę łatwe i szybkie,
 a we dwoje to nawet dobra zabawa:)

Najczęściej do mojej dość prawidłowej diety przekradały się pyszności z McDonalda, dlatego pokażę dziś jak zrobić wg mnie dużo lepszego hamburgera niż te dostępne tam. Przede wszystkim możemy sprawić, że będzie on dużo zdrowszy.

Ja zrobiłam wersję potreningową z dużą, białą bułą:) , ale dietetyczniej będzie wybrać jakąś z pełnego ziarna. Robiąc hamburgery sami pamiętajmy o doborze mięsa., to paczkowane mięso mielone jest najczęściej wątpliwej jakości (kolor, smak i zapach mówią same za siebie). Ja kupuję świeże mięso wołowe i wieprzowe i proszę o zmielenie go w proporcji pół na pół (sama wołowina jest zbyt sucha na hamburgery, idealnie jeśli mięso ma ok 20% tłuszczu). Doprawiam czarnym i białym pieprzem oraz odrobiną papryki bo tak lubię:) czasem nie odmówię sobie też soli, wyrabiam mięso z jajkiem, bo wtedy jest bardziej zwarte.
Sos to mój kochany majonez i musztarda, do tego dodaję pokrojoną w kostkę cebulę (wygodniejsza forma niż plaster w bułce). Całość dopełnia sałata lodowa, pomidor i pikle:) Mmmmmmm...

Nie jest to może dietetyczny posiłek marzeń, ale alternatywa dla zgubnego hamburgera z budki czy sieci restauracji. Każdy oczywiście może dodać do niego co tylko chce, żeby był tak pyszny, że nigdy już nawet nie spojrzymy w stronę gotowego wyrobu.


Moja buła ma ok. 500 kcal, czyli mniej więcej tyle co Big Mac. 
















Wybór chyba jest prosty ;)

sobota, 9 listopada 2013

Fit produkty w mojej diecie.

Dzisiaj wybraliśmy się na fit zakupy ;) Nawet mój narzeczony stwierdził, że faktycznie troszkę mnie przybyło i miesiąc przerwy w ćwiczeniach daje się mocno we znaki. Stałam się bardziej rozklapciała i troszkę mnie więcej w pasie i w talii. Ale nie przejmuje się tym, tylko od razu zaczynam działać ;)

Pierwszy krok – pozbyć się z kuchni tego, co nie potrzebne i zastąpić to zdrowymi odpowiednikami.






Cukier biały zamieniłam na trzcinowy – używać go będę tylko do słodzenia kawy i do przygotowania deserów, wypieków.

       Dużo warzyw – sałata lodowa, ogórek, papryka, pomidory, szczypiorek, cebula, kalarepa. Do tych warzyw dołączać w mojej diecie będę kiełki – rzodkiewki, brokułów, brokuły, rukolę, roszponkę i fasolkę szparagową. Chcę CAŁKOWICIE zrezygnować z ziemniaków – zauważyłam, że mi nie służą.

         Owoce – jabłka i banany – których nie widać na zdjęciu; grejpfruty – nadchodzi sezon na cytrusy, więc będzie ich dużo w mojej diecie,  smoczy owoc i granat – owoce egzotyczne, które są obecnie dostępne w dobrych delikatesach.

         Przyprawy – podkręcają metabolizm, dodają smaku potrawom. Całkowicie zrezygnowałam z soli. Curry, chili, oregano, bazylia, lubczyk, tymianek, rozmaryn,  pieprz czarny, biały.

                 Ryby – łosoś wędzony, łosoś świeży, tuńczyk w sosie własnym, owoce morza – krewetki.

        Orzechy – nerkowce (znalazłam w całkiem dobrej cenie) i orzechy włoskie.

                 Jogurt grecki – głównie jako baza do sosów, jogurt naturalny. Wyrzucam serki i jogurty owocowe.

          Mięso – wieprzowo-wołowe – ja kupuję mięso w kawałku - wieprzowe i wołowe, a później proszę o zmielenie.  W opakowaniach mamy gotowe zmielone mięso o kiepskiej jakości, wątpliwego pochodzenia. Takie mięso często w trakcie smażenia po prostu śmierdzi. Można czasami znaleźć w całkiem dobrej cenie wołowinę – do spożycia, której Was zachęcam. Będę jadać również drób – mięso z kurczaka i indyka.

             Konfitury z Krakowskiego Kredensu – to moja jedyna zachcianka ; ) Polubiłam serek wiejski na słodko, również placka owsianego jem z dżemem czy konfiturą. Stąd wybór padł na cztery mini konfiturki.

          Majonezu nie potrafię sobie odmówić, więc także będzie on obecny w mojej diecie. To samo jeśli chodzi o musztardę.

            Jako dobre źródło białka – jaja.



       Pieczywo - tu mam problem.




              Tłuszcze – oliwa z oliwek, olej kokosowy, olej słonecznikowy. Chcę również kupić olej sezamowy.


             Węglowodany złożone – brązowy ryż, makaron, kasza gryczana. Chcę również włączyć do jadłospisu inne rodzaje kasz.

Rezygnuję z gotowych sosów, sztucznych zagęstników, obiecałam sobie czytać etykiety. 
Mam nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone, udowodnię sobie, że mogę być fit.
Chyba o niczym nie zapomniałam.Uzbrojona w zapas na kilka dni, zaczynam walkę.

piątek, 8 listopada 2013

Moje kombinacje z granatem - południowa rozkosz ;)

Witajcie w piątkowe,jesienne, deszczowe, wczesne popołudnie :)
Zanim zaprezentuję Wam mój pomysł na wykorzystanie owocu granatu, chciałabym pokazać jak wygląda jeszcze w niedojrzałej wersji ;)



W trakcie jednej z wędrówek, w poszukiwaniu śladów starożytności mój tata dostrzegł drzewo granatowca. Czym prędzej pobiegłam w poszukiwaniu owoców. Było ich nie wiele, ale miejsce w którym się znajdowały, malutki, malowniczy kościołek.... wywołało to we mnie jakiś osobliwy stan wzruszenia, patrząc na zdjęcia on powraca. To niesamowite. Granat, prosto z drzewa, w miejscu gdzie rośnie, dojrzewa smakuje doskonale. Pełen południowego słońca, słodyczy... no cóż, my musimy nacieszyć się tym importowanym.

Zapraszam Was do wypróbowania sałatki - własnego pomysłu - która fenomenalnie wpisuje się w południowy klimat.


Składniki
1 kulka mozarelli
2 pomidory
Puszka tuńczyka w sosie własnym
Kilka zielonych oliwek, bez pestki
Pestki z połowy granatu
Krem balsamiczny
Oliwa z oliwek

Efekt załączony na fotografii.

Sałatkę można łatwo i szybko przygotować - nie tylko w domu, ale też w pracy.
UWAGA! Granat nie bez powodu nazwany jest granatem. Gdy jest soczysty i dojrzały strzela sokiem :) Efektem mojej pracy był poplamiony fartuch, spodnie i twarz.


Spróbujcie! Warto ;)

czwartek, 7 listopada 2013

Owoc granatu - smaczne propozycje.



Jeśli byliście ostatnio na zakupach, to na pewno rzucił się Wam w oko mały okrągły owoc. Moje pierwsze wspomnienia z owocem granatu związane z półrocznym pobytem w Grecji. Chociaż miałam wtedy niespełna 4 lata, to do dzisiaj pamiętam ten dzień, kiedy tata wrócił do domu z reklamówką czegoś dziwnego. Pamiętam ten lekko słodkawy smak, brudne, lepiące palce i trudności w dostaniu się do środka.

Owoc granatu kojarzy mi się z luksusem, dostojnością, elegancją, zmysłowością, pokusą i kobiecością.
Jest nie tylko zdrowy - chroni nasze serce, poprawia samopoczucie, dodaje sił witalnych, sok z granatu działa również przeciwzapalnie, opóźnia proces starzenia się - ale również jest bardzo smaczny.


Sok z granatów ma zbawienny wpływ nie tylko na ciało, ale również na psychikę. Powinny sięgać po niego osoby zabiegane i zestresowane. Przyniesie ulgę pracoholikom. Badania przeprowadzone na Uniwersytecie Królowej Małgorzaty w Edynburgu wskazały, że regularne picie czerwonego soku pomaga obniżyć poziom stresu. Natomiast holenderscy uczeni stwierdzili, że granat zapobiega spadkowi zdolności intelektualnych, który zwykle towarzyszy procesowi starzenia się (źródło)

Dzisiaj propozycje będące inspiracjami, wkrótce pokażę Wam moje posiłki z granatem ;)







Chcecie więcej ?

Przegląd prasy - nowy numer Women's Health.

Od jakiegoś czasu w sprzedaży dostępny jest nowy, trzeci już (listopad/grudzień) numer  magazynu Women's Health.

Zapraszam na przegląd prasy :)


Na samym początku mamy krótki wpis od redaktor naczelnej magazynu. Niesie ze sobą niesamowite pokłady energii, pisze by odpuscić, by nie brać wszystkiego na serio, by pozwolić sobie na chwile zapomnienia. Koniecznie przeglądanie gazety zacznijcie od strony 6.

Pierwsze strony zawierają  liczne ciekawostki, wyniki badań, statystyki. Myślę, że znajdziecie tutaj kilka cennych informacji.


W numerze znajdziemy propozycję ciekawych ćwiczeń, które pomogą nam w pozbyciu się zbędnych kilogramów. W zależności od tego jak dużo kilogramów chcemy zgubić, wybieramy odpowiedzi plan treningowy. Ciekawe propozycje ćwiczeń, również dla tych, którzy chcą ćwiczeniami się po prostu cieszyć.


Bardzo, bardzo fajny art, który jest przeglądem po olejach roślinnych, Nie tylko mamy możliwość dowiedzenia się czegoś nowego, ciekawego o poszczególnych olejach - mniej lub bardziej znanych, ale również podaną mamy temperaturę dymienia. Zdecydowanie na tak!


Dalej znajdziemy propozycje na genialne sosy - do dań, sałatek, przekąsek. Bardzo mi się przyda, na pewno z większości propozycji skorzystam.


Kolejny warty polecenia artykuł, w którym dowiesz się co łączy mózg i brzuch.


Myślę, że cały numer jest godny polecenia. Women's Health jak narazie nie zawodzi, pozytywnie zaskakuje. oby tak dalej !

środa, 6 listopada 2013

Sylwetka w listopadzie.

Kilka wpisów niżej wklejałam zdjęcia mojej sylwetki. Jest początek listopada - do sezonu bikini zostało już tylko 8 miesięcy ;D , więc trzeba wziąć się do pracy. Siedzę i myślę i marzę i widzę siebie w pięknym dopasowanym kostiumie na jednej z dzikich plaż. Słońce, błękitne niebo, sypki, ciepluśki piasek. Taka wizulizacje nie tylko poprawia nastrój, ale również mobilizuje. Pozytywne obrazy, które wytwarza nasz szef mózg pozwalają oderwać się od szarej rzeczywistości. Bardzo mi to pomaga. Nawet zakupiłam sobie nagrania relaksacyjne i treningi autogenne - myślę, że będą pomocne w redukcji stresu i napięć.
Być może niektórzy z Was moje wcześniejsze zdjęcia mogą odebrać jak ustawkę - w pozach korzystnych dla mnie. Dlatego dzisiaj inne, nowe, świeże, chyba takie jak być powinny. Zdjęcia wykonane rano.




Jak widzicie głównym moim problmem jest nadmiar tkanki tłuszczowej w okolicy brzusznej - wystarczy,że przez dwa dni odpuszczę i z mojego niemal płaskiego i umięśnionego brzucha robi się oponka. I nie jest to odpuszczenie, które jest jakimś strasznym wykroczeniem - nie objadam sie słodyczami, nie jadam fast food'ów czy innej chemii. Np. mniej piję wody w ciągu dnia, zamiast brązowego makaronu czy ryżu zjem białe albo ziemniaki, ominę śniadanie. Są to być może drobnostki, jednak mają bardzo istotne znaczenie. Już dawno zauważyłam, że ja poprostu mam skłonności dziedziczne do tycia, szybkiego nabierania masy, do zwiększania ilości tkanki tłuszczowej. Każda kobieta w mojej rodzinie - KAŻDA ma otyłość brzuszną, która jest bardzo niebezpieczna dla zdrowie i niesie szereg konsekwencji. Mając taką wiedzę obiecałam sobie jeszcze bardziej świadomie żyć - wogóle.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Kącik mola książkowego #2 - "Książę mgły" - Carlos Ruiz Zafon

Autor : Carlos Ruiz Zafon
Tytuł : Książę mgły
Tytuł oryginalny : El príncipe de la niebla
Wydawnictwo Muza 
Ilość stron : 200
Moja ocena 6/6  

Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej na wybrzeżu Atlantyku. Zamieszkuje w domu niegdyś należącym do rodziny Fleishmanów, których dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy; nocą w ogrodzie Max widzi posągi artystów cyrkowych. Dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, od którego dowiadują się różnych ciekawostek o miasteczku i o zatopionym pod koniec pierwszej wojny statku [...]. 


Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii.



" Książę mgły" jest pierwszą powieścią napisaną przez Zafona (1992). Chociaż największą sławę przyniósł mu  znany wśród blogerów " Cień wiatru", po książki napisane wcześniej i przeznaczone nie tylko dla młodzieży sięgają czytelnicy bez względu na swój wiek. Cieszą się one ogromną popularnością i sympatią. I wcale się nie dziwie, bo książka mnie wprost oczarowała.

Pewnego letniego dnia, głowa rodziny - Maksymilian Carver ogłosił żonie i trójce dzieci, żeby spakowali walizki. Powodem nagłej przeprowadzki do małego miasteczka była chęć ucieczki od trwającej wojny.
Od momentu przybycia do miasteczka Maksowi wydaje się, że coś mu w tym miejscu nie pasuje. Tajemniczy zegar, ogród z posągami, i mroczna historia dotycząca domu w którym się zatrzymali to tylko początek tego co nas czeka. Podczas jednej z wycieczek do miasta Maks poznaje chłopca o imieniu Roland i od pierwszego spotkania między nimi nawiązuje się nić porozumienia. Do ich grona dołącza także Alicja - siostra Maksa. Pod wpływem wydarzeń, które rozgrywają się w najbliższym otoczeniu, Roland przedstawia rodzeństwu swojego dziadka - Victora Kray'a. Latarnik dzieli się z nimi historią ze swoich lat młodzieńczych. Opowiada o tajemniczym magu - Kainie, zwanym też " Księciem mgły", który ma spełnić każde życzenie. Ale w zamian trzeba oddać mu coś o wiele cenniejszego, a  nie ma potężniejszej siły niż obietnica.

 Ale błędem, poważnym błędem jest wiara w to, że można ziścić marzenia, nie dając nic w zamian.

Książka jest bardzo wciągająca i szybko się ją czyta. Napisana lekkim, przyjemnym językiem. To co jest najistotniejsze to to, że nie jest się w stanie przewidzieć zakończenia historii. Właśnie dzięki temu jest taka niezwykła, niemalże baśniowa. Przesiąknięta magią, czarnymi mocami czającymi się tuż za rogiem. Niemalże od samego początku coś się dzieje, by na koniec akcja osiągnęła apogeum. Powolne budowanie napięcia sprawiło, że chwilami miałam ciarki na plecach. Doskonałe opisy sprawiły, że wprost wsiąkłam w historię, w magiczny sposób na te kilka godzin, znalazłam się w samym środku akcji. Odczuwałam wszystkie emocje, lęki i niepokoje bohaterów. A postać Kaina - sama nie wiem czemu - przypominała mi trochę Voldzia :)

Jest to powieść o prawdziwej przyjaźni, pierwszej miłości, niebezpiecznych przygodach i tajemniczych historiach. Polecam zarówno fanom Zafona jak i tym, dla których twórczość autora jest obca.
I na sam koniec cytat, który dołączył do listy moich ulubionych.


Złych wspomnień nie musisz brać ze sobą. I bez tego będą cię prześladować.