piątek, 9 listopada 2012

Samoocena - jak pokochałam siebie na nowo. A jak jest z Tobą ?

Osoby odchudzające się bądź otyłe często mówią o poczuciu własnej wartości i samoocenie. Często są one obniżone i towarzyszy im szereg zachowań. Nie będę zagłębiać się w psychologię aż tak bardzo i poruszać kwestie ja idealnego i ja realnego. Jeśli Was to zainteresuje mogę poświęcić temu oddzielny wpis    i opisać jakie mechanizmy bezpośrednio przyczyniają się do powstania niskiej samooceny.
Dzisiaj chciałam się skupić głównie na tym jak to wyglądało u mnie, ale oczywiście pewne elementy teoretyczne muszę poruszyć.

Na naszą samoocenę składają się wszelkie emocje dotyczące obrazu własnego ciała, a także sądy i przekonania na temat samego siebie. Emocje są ogromną siłą, która w naszym codziennym życiu gra pierwsze skrzypce. Choć wielu osobom może wydawać się, że świadomie kontrolują obraz siebie, okazuje się, że samoocena zależy od wielu czynników, którymi niekoniecznie możemy zarządzać. Często nawet nie mamy świadomego wglądu w nasze zachowanie. Samoocena nie zależy także tylko od nas. Wpływ na nią ma także nasze otoczenie - zwłaszcza osoby nam bliskie, bo to ich słowa i zachowanie odczuwamy najsilniej i największe piętno zostawiają one w naszej głowie - chcąc tego czy nie. 

Badania dowiodły, że u kobiet samoocena ma silny związek z wyglądem i postrzeganiem obrazu własnego ciała. I u mnie nie było inaczej. Kiedyś byłam osobą otwartą, duszą towarzystwa, lubiącą wychodzić do ludzi i nawiązywać nowe znajomości. Dobrze czułam się w swoim ciele, cokolwiek bym na siebie nie włożyła wyglądałam dobrze. Mogłam stanąć przed lustrem, uśmiechnąć się do siebie i powiedzieć, że jest na prawdę bardzo dobrze. Nigdy nie rozumiałam, jak można dopuścić do tego, by nie mieścić się w rozmiar 36, góra 38. 







Nie wiem jak to się stało, że z 62 kilogramów i umięśnionej sylwetki przybrało mi się do 75 kilogramów        z 33 % tkanki tłuszczowej. To znaczy po latach analizy i retrospekcji wiem jakie kroki doprowadziły mnie do takiego stanu. Po pierwsze zaczęły się u mnie pewne osobiste problemy, które zajadałam. Obniżony nastrój poprawiałam sobie czekoladą albo fast foodami. Pojawienie się negatywnych emocji było równoważne z kompulsywnym objadaniem się - bez względu na porę dnia. Z każdym dniem zaniedbywałam coraz bardziej siebie a z ciała robiłam śmietnik. Któregoś dnia się ocknęłam i zorientowałam, że przytyłam .Waga wskazała 69 kilogramów. Byłam nie tylko zrozpaczona co zaskoczona, bo nie widziałam tych powolnych na początku zmian. Owszem - spodnie były za ciasne, a bluzki zbyt opięte - zaczęłam zwalać wszystko na hormony, nie upatrując przyczyny w sobie - kolejny błąd. Wyzbyłam się odpowiedzialności za własne zachowanie i dokonałam atrybucji zewnętrznej - wszyscy dołożyli swoją cegiełkę do mojego obecnego wyglądu, tylko nie ja. Zaczęłam zamykać się w sobie. Nie wychodziłam do ludzi jak częściej, wolałam spędzać czas w domu, przed komputerem ograniczając się do kontaktu ze znajomymi przez fejsbuka. W tym okresie dodatkowo byłam samotna - Rafał znajdował się ponad 200 kilometrów ode mnie. Zaczęłam patrzeć w lustro z obrzydzeniem i głośno pytałam sama siebie co ty pip pip pip sobie zrobiłaś? Nie wiem ile godzin spędziłam na podłodze w łazience, zasmarkana, zapłakana powtarzająca jak mantrę - od jutra się odchudzam. Ale te jutro długo nie nadchodziło. Pojawiły się nieznośne komentarze - od przyjaciół, z którymi kontaktu dzisiaj nie mam, od mamy, że nie wchodzę w żadne spodnie, albo wszystko wygląda na mnie jak po młodszej siostrze. Na takie zaczepki reagowałam histerycznym śmiechem i ironicznym żartem  - bo taki właśnie mechanizm obronny przyjmuje gdy mi przykro i gdy się mocno denerwuje. Jednocześnie patrzyłam na koleżanki dużo szczuplejsze, dużo ładniejsze, ze szczupłymi nogami i niemalże płaskim brzuchem. Chyba nie muszę Wam pisać jak się wtedy czułam? Patrzyłam na siebie z politowaniem, zażenowaniem i złością. Jednocześnie cokolwiek chciałam zrobić w kierunku zmian nie przynosiło żadnego rezultatu. Momentem przełomowym było 75 kilogramów na wadze, zadyszka po wejściu na czwarte piętro i niemożność przebywania ze sobą sam na sam :D Uważałam się za osobę słabą...a nigdy nie chciałam być słaba...

Zmieniłam kierunek myślenia...

Wszelkie zmiany, które stopniowo wprowadziłam i wciąż wprowadzam w moje życie przyczyniły się do tego, że na nowo odnalazłam siebie. Spojrzałam na siebie łaskawszym okiem. Skoro innym się udało, to czemu mnie ma się nie udać? Podeszłam do tego na spokojnie, emocje odstawiłam na bok. Mało tego, te malutkie zmiany zaczęły mi sprawiać radość, mimo braku spektakularnych efektów. Zaczęłam lubić to co i jak robię. Myślę, że do poprawy myślenia o sobie przyczyniło się także to, że udowodniłam przede wszystkim sobie, że jestem w stanie kontrolować swoje życie. Jestem w stanie wprowadzać zmiany, mówić nie, jednocześnie popełniając błędy i czegoś się z nich uczyć. Dobrze, że gdzieś po drodze pojawiły się wspierające i szczerze wierzące we mnie osoby.

Zaczęłam lubić się na nowo. Stojąc przed lustrem, zamiast mówić: jestem gruba i mam duży brzuch, mówiłam: mam piękne oczy i ponętne piersi (które teraz zniknęły ... :). Koncentrowałam się na ciele jako całości, patrzyłam na to co chcę zmienić, ale również doceniałam to, co docenić trzeba. Zaczęłam się częściej uśmiechać, widząc, że moja ciężka praca przyczynia się do poprawy nie tylko wyglądu ciała ale i samopoczucia. Nie zrozumcie mnie źle, to czy się lubię czy nie, nie jest uzależnione od tego czy chudnę czy też tyję. Wynika to z tego jak się czuję we własnym ciele.  Gdy ważyłam 75 kilogramów czułam się fatalnie, ważąc 65 czuję się dobrze. Ważąc 60 będę czuła się DOSKONALE. Jestem gdzieś w połowie drogi i odzyskaję wiarę w siebie. Nie widzę już w lustrze zakompleksionej dziewczyny, tylko młodą, energiczną osobę z uśmiechem na twarzy. Czy dużo szczuplejszą? Pewnie nie. Za to szczęśliwszą, nareszcie czującą się dobrze ze sobą.

 Nie mam zbyt wielu zdjęć z tego okresu... No troszkę mnie było...




Ale troszkę ubyło :)



Dodatkowo w tym artykule - króciutkim- możecie przeczytać, że istnieje związek pomiędzy niską samooceną a otyłością.

Praca nad sobą - a konkretnie nad psychiką-  jest bardzo ważna, często się słyszy, że problem otyłości to głównie sprawa głowy. I pewnie w wielu przypadkach tak właśnie jest. Ale jeśli nicnierobilizm, leżing, smażing, plażing i inne - zamienimy na początku na chociażby małą dawkę ruchu - to już coś.

Więc myśl pozytywnie! Rób cudowne rzeczy każdego dnia, wprowadzaj się w zachwyt a innych w zdumienie. Pracuj ciężko, ale nie przemęczaj się. Dużo się śmiej, gdy trzeba płacz. Możesz też wrzeszczeć. Bądź z siebie dumna. To nie będzie łatwa droga, ale warta swej ceny.


I na sam koniec - dobra rada wujka Freud'a :))


PS. Prawdopodobnie nie zawarłam wszystkiego co chciałam, ale post i tak jest bardzo długi, ale mam nadzieję, że to Was nie zraża ;)
Zapraszam do dyskusji - jak to jest z Waszą samooceną? Czy zgadzacie się z tym, że jest ona zależna od wyglądu? Czy uważacie, że można pokochać siebie bezwarunkowo?

zdjęcia pochodzą stąd

19 komentarzy:

  1. oj, ale temat - niska samoocena zaczyna się już w domu, od kochających rodziców, którzy w dobrej wierze, żebyś sobie nie zaszkodziła wbijają w kompleksy, np. noś dłuższe spódnice, bo nogi krzywe albo całe życie: "takie masz cienkie włosy" - aż w końcu jeden fryzjer kazał mi się popukać w głowę i polubiłam te swoje kłaczki... i tysiące innych. Jak widać nasza psyche nie może istnieć bez naszego ciała, a z drugiej strony tak często w głowie tkwi nieprawdziwy wizerunek siebie... Dlatego najważniejsze co można dać dziecku - to akceptacja i wypracowanie poczucia własnej wartości, błędnie brane za zarozumiałość

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja historia to byłby chyba elaborat. Nie przyczyniłam się samodzielnie do niskiej, bardzo niskiej samooceny sama. Ktoś mi w tym bardzo pomógł. Tego kogoś już nie ma a ja walczyłam o akceptację siebie przez kilka lat. W końcu się udało. I choć jestem nadal bardzo gruba to akceptuję to, bo wiem, że mogę to zmienić. Polubiłam siebie. Gdyby ktoś mi dawał milion dolarów mówiąc, że kiedyś to się stanie to bym powiedziała "Zabierz te pieniądze, bo to niemożliwe". A jednak! A jak mi się to wszystko udało? Po prostu powiedziałam sobie kiedyś "Stop. Od tej pory mam wszystkie gdzieś. Zwłaszcza to jak wyglądam. Zaczynam korzystać z życia". To była decyzja. A potem? Już tylko się jej kurczowo trzymałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osoby trzecie mówiąc nam przykre słowa i nieszczędzące nam słów krytyki uważają, że ich gadanie sprawi, że zaczniemy działać. Niestety u mnie tak nie było. Dochodziło do tego, że robiłam im na złość :)

      Usuń
  3. Kupiłas sobie taki sam sweter jak ja mam:):) do olsztyna przybywam za 2 tygodnie;p;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wniosłaś dużo optymizmu ale to nie zawsze tak kolorowo wygląda. Czasem człowiek budzi się za późno, albo kilka razy podchodzi do walki i wciąż przegrywa. Najtrudniej utrzymać efekty i wygrać ze swoją psychiką, przekonać siebie samą, że to ciastko nie sprawi, że poczuję się lepiej, a mniejszy rozmiar spodni nie przyczyni się do tego, że ludzie będą mnie bardziej lubić. Tylko co zrobić, jeśli waga od zawsze była problemem, ale zanim zaczęła być nim dla mnie, była najpierw problemem dla innych ludzi. To wszystko siedzi gdzieś w głowie i nie umie wyjść, a ja po raz któryś walczę i choć zgubiłam już sporo, a sporo przede mną, ja wciąż jestem głupia jak byłam.
    Pisz, dziewczyno, masz dar.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że nie jest to takie kolorowe, bo to co działo się w mojej głowie i ile razy upadałam i wstawałam i tak w kółko to chyba wiem ja. Ale gdy zaciśniesz zęby, zaweźmiesz się i UWIERZYSZ,że dasz radę. Że zmiana to jedyne co Ci pozostało - dla siebie, dla zdrowia, dla lepszego samopoczucia - osiągniesz to. Niejednokrotnie mówiłam, że to często problem głowy , dlatego nie należy się wstydzić chodzić do psychologia, czy szukać wsparcia u rodziny. Często te nasze problemy pochodzą jeszcze z dzieciństwa.

      Nie mów, że jesteś głupia. Skoro już ruszyłaś z miejsca, to uwierz, że jesteś w stanie zmienić jeszcze więcej - nie od razu. Krok po kroku. Wierzę w Ciebie!

      Przesyłam uściski i pozytywną energię :) :*

      Usuń
  5. Przede wszystkim gratuluję przemiany! Wyglądasz teraz na prawdę zgrabnie i do tego szczęście i optymizm tryska z tego zdjęcia, że aż sama się uśmiecham.
    Ja mam problemy z samooceną od dzieciństwa, wszystko zaczęło się na podwórku i w szkole. Teraz codziennie staję do walki z własnymi demonami - czasem mi to wychodzi, a w inne dni jest źle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieci bywają brutalne...osobom, które walczą z tym od lat na pewno jest ciężej, zauważyć w sobie dobre cechy, te które można pokochać. Ciągle gdzieś tam w tle są wspomnienia. Ja myślę jednak, że to kształtuje nasz charakter i stajemy się silniejsze niż myślałyśmy.

      Usuń
    2. young wild free - to jest wlasnie najgorsze, byc wytykanym palcami od dzieciństwa. Gdzieś przeczytałam, że inne mają poczucie wartości ludzie, którzy przytyli w dorosłym życiu, a inne ludzie, którzy od małego zmagają się z "innością" na tle wagi. Wynika to podobno z tego, że, ci pierwsi mają w miarę ugruntowaną pozycję społeczną, grono przyjaciół, swoją pewność siebie etc. i wahania wagi nic w postrzeganiu ich samych nie zmienią. Ci drudzy zaś, jakby to ująć, są naznaczeni od zawsze i albo im się w końcu uda być szczęśliwi (grubymi/szczupłymi/akceptującymi jedno lub drugie lub nie).

      Kama - w tym całym żalu zapomniałam napisać, że teraz wyglądasz kwitnąco i bez porównania lepiej niż kiedyś. Jednak to prawda, że nadwaga postarza, bu... I dziękuję za słowa wsparcia, mam wlasnie sesję z psychologiem, jesli jeszcze nie zauwazylas;) Walczymy.

      Usuń
  6. Są osoby, które potrafią się akceptować takimi jakimi są, bez względu na to, czy ważą 70 czy 50 kg i uważam, że to duży dar. Natomiast większość z nas jednak uzależnia się od zdania innych do tego stopnia, że nawet kiedy wydaje nam się, że wyglądamy ok, to i tak potrzebujemy czyjejś akceptacji, żeby w to ostatecznie uwierzyć i to już nie jest fajne. Trzeba dążyć do tego, żeby opinia innych była pomocna, ale nie NAJWAŻNIEJSZA i żeby nie opierać wyłącznie na niej naszego samopoczucia.

    Ogólnie wyglądasz teraz kwitnąco, ale uważam, że nawet przy 75 kg byłaś urocza :)

    Przy okazji otagowałam Cię w zabawie - jeśli będziesz miała chęć, to zapraszam:
    http://dziewczynazkotem.blogspot.com/2012/11/to-i-owo-o-mnie.html

    OdpowiedzUsuń
  7. Wyglądasz teraz obłędnie ;)

    Co do samoakceptacji myślę, że sporo zostało napisane, więc nie będę się powtarzać za bardzo. A ta rada na końcu posta bardzo dobra. Myślę, że pozbycie się prostaków ze swojego otoczenia to jedna z pierwszych rzeczy, którą warto zrobić kiedy zaczynamy walkę o siebie. Jest mnóstwo fajnych osób, które zastąpią miejsce tych, którym podziękowaliśmy za znajomość.

    OdpowiedzUsuń
  8. Teraz wyglądasz niesamowicie:) Rady też bardzo fajne.

    OdpowiedzUsuń
  9. Widzę, że nasza historia jest bardzo podobna. Wierzę, że obu nam uda się siebie całkowicie akceptować.

    A co do długich tesktów... Skonczyłaś psychologię i znasz się na rzeczy, a do teog piszesz rzeczowo i przystępnie - uważam, że powinnaś to kontynuować! Przynajmniej ja wszystkie Twoje "dłuższe" teksty czytam bardzo chętnie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Kamilo, jesteś moją inspiracją. Moja historia w sumie niczym nie różni się od Twojej, poza tym, że nagle z 66 kg zrobiło się u mnie-uwaga-83 kg...a miałam tylko 14 lat...teraz mam 17 lat, schudłam z 83 kg do 69 kg i tak jak ty mam cel-60 kg. I moim celem jest także bycie szczęśliwą. Z Twojego bloga wzięłam inspirację na bieganie, zdrowe odżywianie i także zmianę nastawienia-jeżeli ja w siebie nie uwierzę, kto uwierzy? :( tak więc czytam sobie codziennie Twojego bloga :) jesteś dla mnie cudowna, dziękuję za to, że jesteś. OBY TAK DALEJ!

    OdpowiedzUsuń
  11. u mnie samoocena zawsze leic na leb na syzje, kiedy widze ze ja jem salateczke i moje BMI balansuje na krawedzi normy z lekka nadwaga, a moja kolezanka w rozmiarze wysportowanego 36 objada sie tlusta i słodka chonszczyzna, zapija sokiem a potem zjada czekoladowe płatki.
    zawsze pytam" dlaczego ja nie moge nalezec do tych, ktory wygladaja tak pieknie bez kiwniecia palcem???".

    potem wymieniam sobie w glowie to co mam ja a oni nie, ale i tak nie jest dobrze..

    ostatnio zrobilam sobie zdjecia ze wszystkich stron w bieliznie i to juz mnie całkiem podłamalo. jestem ciekawa czy jezeli zobacze pierwsze rezultaty mojego wazenia o ktorym dzis pisalam to samoocena pozbiera sie z ziemi


    buziaki

    ps. ostatie zdjecie jest sliczne!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jest bardzo dużo racji w tym co piszesz, ale jest to też kwestia bardzo indywidualna. Ja nigdy siebie nie akceptowałam. Odkąd pamiętam siebie nienawidzę, chociaż rodzice zawsze mnie chwalili i mówili jak zdolnym i lubianym dzieckiem jestem. Na brak znajomych też nigdy nie narzekałam. A jednak. Nienawidziłam siebie jak ważyłam 58 kg i byłam całkiem normalna; nienawidziłam jak przytyłam do 63 i potem jak chudłam do 42 kg.
    Gratuluje Ci tak racjonalnego myślenia (nawet jeżeli przyszło po czasie). Teraz wyglądasz przepięknie i możesz byc z siebie dumna ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. świetnie to opisałaś, zgadzam się z tym w 100%, a z własnego doświadczenia coś o tym wiem. ;)
    gratuluję wytrwalości i pokonania własnych słabości! pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. Podziwiam twoje samozaparcie i cieszę się z odzyskanej radości życia :) W tym poście wspomniałaś o czymś, co bezpośrednio mnie dotyka - jedzenie kompulsywne. Jak poradziłaś sobie z tym problemem? Sama staram się nad tym panować, nie dopuszczam już do stanu, w którym nie mogłam się ruszać z przejedzenia, jednak widzę, że niektóre moje posiłki (niezaplanowane), wynikają z nerwów. Jaki był twój sposób na zwalczenie tego?

    OdpowiedzUsuń