niedziela, 30 września 2012

Za co lubię jesień?

Dobrze, że wrzesień się już kończy. Nie lubię tego miesiąca. Jest dla mnie przejściem pomiędzy pięknymi, słonecznymi, długimi dniami i ciepłymi nocami do chłodu, mrozu, wiatru i szarości. I choć jesień rozgościła się na dobre, ja jeszcze do niej nie przywykłam. Może to dlatego, że tak naprawdę w tym roku nie miałam wakacji z fajerwerkami. Nie było piaszczystych plaż, morza, śródziemnomorskiej kuchni i niepowtarzalnego klimatu. Powoli tęsknotę zaczyna wypierać nadzieja, że może za rok uda się zrealizować tegoroczne plany.

To nie do końca tak, że nie lubię jesieni. Uważam, że każda pora roku ma wiele do zaoferowania, ale też każda z nich niesie wraz z sobą pewne straty.

Za co lubię jesień?

Za ciepłe barwy i różnokolorowe liście 


Za rozgrzewającą herbatę z miodem, imbirem i cytryną, za gorące kakao i białą czekoladę
i za nalewki przed snem

 Za piękne ozdoby do mieszkania, które możemy wykonać za pomocą liści, kasztanów, żołędzi...

Za smaczną dynię i dania z niej przyrządzone.

Za skubanie orzechów :)
 Za długie wieczory w towarzystwie książek


Za Halloween! Dwa pierwsze zdjęcia są z zeszłorocznej imprezy :)

Za długie spacery


Ale jesień jak żadna inna pora roku kojarzy mi się z przemijaniem, utratą czegoś. Ma także swoją drugą twarz - mokrą i zimną. Delikatne stukanie deszczu w parapet zawsze działa na mnie nostalgicznie i refleksyjnie. I nim się obejrzymy w telewizji pojawią się zaprzęgi reniferów i świąteczna reklama cocacoli - ale to już milszy okres. Badania dowiodły, że jesienią ludzie częściej popełniają samobójstwo i częściej popadają w depresję - dlaczego, chyba nie muszę tłumaczyć. Jak przełamać jesienną chandrę? O tym już jutro. Jutro także podsumowanie września i plany na piździernik :)

A Wy za co lubicie jesień?

sobota, 29 września 2012

A po armagedonie czas na zakupy!

Łuuuhuuu ogarnęliśmy ten armagedon !
Przez te dni żywiliśmy się nagannie. Jedliśmy nieregularnie, mało - ale niezdrowo - pizza, kurczaczki z fastfooda, białe pieczywo, mało owoców i warzyw, niewiele białka i dobrych węglowodanów. Widzę po sobie, że moje ciało zaczyna odczuwać ten tragiczny miesiąc. Wydaje mi się, że przybyło mi troszkę centymetrów - w pasie :( No nic, nie ma co narzekać, trzeba wyeliminować to co było złe i zacząć jeść z głową.
Po ogarnięciu tego syfu udaliśmy się na zakupy.


Kupiliśmy jaja, kaszę gryczaną, brązowy ryż, kakao, pełnoziarnisty makaron, mąkę razową, owsiankę,  tuńczyka, olej rzepakowy, musli kokosowe, dżem, jakieś jogurty, schab do pieczenia - nie kupujemy wędlin - pieczemy sami, wołowinę, warzywa i dużo owoców.
Do Biedronki musimy się wybrać po rybki :) A do Lidla po kurczaczki :)

Będzie mi teraz o wiele łatwiej. Jak mieszkamy razem jakoś lepiej nam wychodzi z regularnością posiłków i zdrowym odżywianiem się. Nie pozwalamy sobie wzajemnie na wpadki dietetyczne, jedzenie się nie marnuje i nie ląduje w koszu. W kuchni jesteśmy bardziej kreatywni i częściej eksperymentujemy. Jestem dobrej myśli :)

W Tesco jest teraz promocja: makaron Lubelli pełnoziarnisty możecie kupić za ok 3.60 i w gratisie dostaniecie kuchenne akcesoria (dostępna jest jeszcze łopatka z dziurkami).


Kupiliśmy dwa rodzaje płatków: owsiane i żytnie. Ja lubię mieć wszystko w pojemniczkach, więc przesypuję zaraz po zakupie. Miałam wymieszać te dwa rodzaje płatków i widocznie miałam za mało sprzątania :D


Jestem potwornie zmęczona. Teraz tylko najnowszy odcinek Grey's Anatomy a jutro zacznę myśleć nad planem treningowym - bo muszę w końcu wrócić do ćwiczeń.

Mam nadzieję, że Wasz weekend jest dużo spokojniejszy :)

piątek, 28 września 2012

Przeprowadzka przeprowadzką, ale kto to wszystko ogarnie :D ?

I już jesteśmy w Olsztynie. Zrobiliśmy sobie króciutką przerwę w sprzątaniu mieszkania. Po tych kilku godzinach jestem nie do życia. Dopiero o 15.00 zjadłam treściwy posiłek. Na wszystko brakuje czasu a pracy mnóstwo. Wszystko mnie boli od wnoszenia ciężkich reklamówek i toreb na piąte piętro - remontują windę. Ma być teraz jakaś nowoczesna, gadająca ;D

Mam nadzieję, że wybaczycie mi krótką nieobecność. Ale zobaczcie sami


Tak wygląda też kuchnia i łazienka. Nie ma gdzie stopy wcisnąć. Oczywiście jak to zazwyczaj bywa podczas przeprowadzki znalazłam kilka rzeczy, które jakiś czas temu przepadły w nieznanych okolicznościach. Ale na szczęście nie mam zbyt wiele czasu na myślenie. Nie rozżalam się i powoli przechodzę z tym wszystkim do porządku dziennego.

Udanego weekendu ! U mnie będzie pracowicie ;)


środa, 26 września 2012

Pain is temporary ... ale co dalej!?

Bez zbędnych otoczek, dramatów i upiększania. Mam nawrotową niestabilność przednią kolana prawego ( przewlekła niestabilność kolana)  i ósmego listopada będę mieć operację. Wiele to komplikuje jeśli chodzi o moje plany na przyszłość zarówno te związane z pracą, szkołą jak i życiem w ogóle. Przede mną wiele dylematów, które muszę rozwiązać i wybrać to co najlepsze. Tutaj stawką jest zdrowie. Czuję się strasznie rozgoryczona, bezradna i bezsilna. Miałam tyle planów, tyle marzeń, tyle wiary, nadziei i motywacji. Tyle pomysłów zarówno na siebie jak i na bloga. Miałam wystartować w półmaratonie, miałam zacząć regularnie chodzić na siłownię, regularnie biegać i robić ze swoim ciałem rzeczy o których kilka lat temu nawet bałam się pomyśleć. I wszystko szlak trafił. Cała praca którą włożyłam pójdzie na marne. Bo znów będę musiała wszystko zaczynać od nowa. Ile jeszcze razy będę wracać do punktu wyjścia?

Druga operacja jest trudniejsza, ciężko by była lepsza od pierwszej. Każda operacja wiąże się z ryzykiem, każdy uraz może się odnowić. Operacja będzie musiała być na otwartym kolanie, przeszczep zrobimy z więzadła rzepki, wyczyścimy kolano,m potem usuniemy śruby. Operacja nie może trwać dłużej jak trzy godziny. Jeśli będą komplikacje konieczne będą dwie operacje. Operacja jest niezbędna. Pani kolano jest w gorszym stanie niż przed pierwszą operacją.

Nie dziwcie się, że po takiej lawinie informacji czuję się przerażona. Ja już przez to przechodziłam i wiem z czym to się wiąże. Wiem jak to boli. Wiem jak długa i ciężka jest rehabilitacja. A tu będzie operacja na otwartym kolanie i bardzo duża blizna ... No i wiem jak koszmarne jest szpitalne żarcie :)

Póki co mam wzmacniać mięśnie nóg. Jaką wybiorę formę to zależy ode mnie. Lekarz zabronił skakać, biegać mam w rozsądnych ilościach, wskazany również basen i siłownia.

Powoli schodzą ze mnie emocje i rozum zaczyna przejmować władzę nad moim ciałem.

Nie chce na razie myśleć co dalej z blogiem, jak i czy się on zmieni. Staram się myśleć pozytywnie i wierzyć, że to jeszcze nie koniec. Moja historia nie dobiegła końca, przecież mam jeszcze tak wiele do zrobienia...





Założyłam bransoletkę, której dawno nie nosiłam...


wtorek, 25 września 2012

KoKoKoKo COCOS Spoko !


Po małej podpowiedzi od razu udało Wam się zgadnąć, że Pan Kokos będzie gwiazdą dzisiejszego wpisu. Myślę, że nie tylko dzisiejszego, ponieważ postanowiłam stworzyć dla niego mały kącik na blogu. Jest darem natury, który zasługuje na szczególną uwagę :)
Fazę na kokosa mam od czasu gdy zaczęłam się odchudzać. Jest to niesamowity owoc zarówno ze względu na jego wygląd, walory smakowe, ale przede wszystkim ze względu na jego niesamowite właściwości prozdrowotne. Dodatkowo kojarzy mi się z rajskimi wyspami, błogim odpoczynkiem, malowniczymi widokami, latem, ciepłem i wolnością :)
Zapraszam Was na egzotyczną, kokosową podróż ;)

Kokos to owoc palmy kokosowej. W sanskrycie palma kokosowa znana jest pod nazwa kalpa vriksha, co znaczy drzewo dostarczające wszystkiego, co potrzebne do życia. W języku malajskim znana jest jako pokok seribu guna, co oznacza drzewo tysiąca zastosowań. Na Filipinach nazywa się ją drzewem życia, a mieszkańcy wysp Pacyfiku o owocu palmy kokosowej mówią lekarstwo na wszelkie choroby.

Kokos jest bardzo smaczny i do tego wartościowy – zawiera witaminy B2, B6, C i E oraz kwas foliowy, potas, wapń, magnez, fosfor, żelazo, sód i cynk. Orzech kokosowy to jeden z najcenniejszych darów natury. Im młodszy jest owoc, tym silniejsze są jego właściwości. Z owocu kokosa uzyskujemy miąższ, sok (zwany inaczej „wodą kokosową” lub „mlekiem kokosowym”) oraz olej kokosowy. 

W przemyśle spożywczym możemy spotkać także cukier kokosowy - jest bogaty w składniki odżywcze i ma wyjątkowo niski indeks glikemiczny- 35. Jest  przez to o wiele zdrowszy od cukru białego, czy nawet cukru trzcinowego. Ponadto, cukier kokosowy odznacza się znacznie wyższą zawartością środków odżywczych niż inne słodziki dostępne na rynku. Szczególnie dużo możemy znaleźć w nim potasu, magnezu cynku i żelaza. Obficie występują w nim także witaminy B1, B2, B3, B6 oraz C. Tak wysokiej zawartości substancji odżywczych i pierwiastków nie sposób znaleźć w jakimkolwiek cukrze rafinowanym. Ma bogaty smak karmelu i dymny aromat kokosowy. Idealnie nadaje się jako słodzik do kawy, herbaty czy w procesie wypiekania tortów i ciast. Dzisiaj post wprowadzający więc w tym momencie mówię STOP , o cukrze przeczytacie przy innej okazji ;)

Olej kokosowy pewnie jest Wam znany. Pisało już o nim wiele bloggerek, więc chyba nie ma sensu powielać informacji, które bez problemu możecie znaleźć w sieci. Dodatkowe informacje, które mogą Was zainteresować mam na dysku zewnętrznym, który tymczasowo zaginął :)
Pamiętajcie: olej kokosowy jest tłuszczem, który nie przyczynia się do budowy tkanki tłuszczowej, a wręcz przeciwnie, pobudza przemianę materii i wspomaga ubytek wagi przy nadwadze. Zachęcam do przeczytania artykułu Tłuszcz,który odchudza

A czym jest woda kokosowa? Woda kokosowa została nominowana do nagrody MOJE ODKRYCIE ROKU ;) 


Woda kokosowa ma postać lekko mętnego, trochę gęstszego od wody  płynu. Zawiera dużo potasu (tyle co dwa duże banany!), składników mineralnych i witamin, z tego względu zalecana jest dla sportowców. Owoc kokosa może zawierać od 200 ml do 1 litra wody. 

Pochodzi ona z wnętrza zielonego kokos, w krajach egzotycznych pita jest przez słomkę prosto z owocu. 



Woda kokosowa to najbardziej zdrowy i naturalny napój na świecie. Kilka lat temu FAO (Food and Agriculture Organization) uznało wodę kokosową jako "naturalny napój izotniczny, który posiada ten sam poziom elektrolitów co nasza krew". Jest ona fat-free, cholesterol-free, małokaloryczna i bogata w elektrolity.  Węglowodany zawarte w wodzie pochodzą z naturalnych cukrów owocowych.
Właściwości wody kokosowej zostały potwierdzone licznymi badaniami klinicznymi.
- Działa jako doskonały nawadniający napój dla sportowców
- Pomaga utrzymać w równowadze poziom cukru we krwi  u diabetyków
- Zapewnia dostęp minerałów (elektrolitów)
- Poprawia trawienie
- Wzmacnia skórę i poprawia jej elastyczność
- Redukuje przebarwienia i plamy na skórze
- Redukuje zmarszczki i fałdy na skórze

Jest to tylko kilka wybranych właściwości, więcej TUTAJ


Dzięki uprzejmości firmy VivaLife mam okazję spróbować tego daru natury. I po pierwszym łyku przepadłam...


1. Woda kokosowa naturalna
2. Woda kokosowa naturalna
3. Woda kokosowa z bananem i cytryną
4. Woda kokosowa z ananasem i acerolą
5. Mleko kokosowe do gotowania
 

Wkrótce zbiorowa recenzja otrzymanych wód kokosowych. 

 Znacie wodę kokosową COCO?

poniedziałek, 24 września 2012

Po rezonansie. Zagadka dla Was (:

Uff. Już jestem po rezonansie i wszystko zależy od tego, co zawarte jest na płytce leżącej w mojej torebce. W środę wybieram się do lekarza i wtedy będzie wiadomo czy mogę wrócić do systematycznego biegania czy czeka mnie kolejna operacja. Samo badanie jest długie (40 minut) i dość hałaśliwe, ale dzięki muzyce czas zleciał mi bardzo szybko. Czekają mnie jeszcze badania kontrolne, dwie wizyty lekarskie i przeprowadzka. Mam nadzieję, że po tym całym zamieszaniu będę mogła od weekendu wrócić do systematycznych ćwiczeń i pisać nieco ciekawsze posty (:

Na dzisiaj przygotowałam dla Was zagadkę. Popatrzcie na zdjęcia poniżej :)



Co będzie tematem jutrzejszego wpisu :) ?

EDIT

Jaki owoc będzie tematem jutrzejszego wpisu?

niedziela, 23 września 2012

Masło shea i olejki do ciała - Orientana.


Dzisiaj mam się już troszkę lepiej. Przeziębienie nadal mi dokucza, ale nie tak bardzo jak wczoraj. Rafał dzisiaj przyniósł mi olbrzymi korzeń imbiru i słoik miodu lipowego :D
A jeśli już o imbirze mowa, chcę się dzisiaj z Wami podzielić moimi wrażeniami po stosowaniu masła shea i olejki do ciała z Orientany a którym kilka słów pisałam tutaj.

Do wyboru macie dwa masełka: jaśmin i zielona herbata oraz imbir i paczula.


Masełko zamknięte jest w poręcznym, plastikowym pudełeczku z zakrętką. Ale to co cudowne kryje się pod zakrętką...


Pierwsze co mnie zachwyciło: zapach i konsystencja. Ostry, intensywny zapach imbiru i świeżość paczuli działają pobudzająco na moje zmysły. Zapach nie jest nachalny i duszący, aczkolwiek dla osób lubiących wyraziste kompozycje zapachowe.


Konsystencja jest GENIALNA. Niby stała, ale płynna :) Malutkie kuleczki widoczne na zdjęciu to masełko shea (karite) które dopełnia olejek imbirowy i paczulowy - ale skład jest o wiele bogatszy i ciekawszy! Wszystkie składniki są tłoczone na zimno i nierafinowane przez co zachowały swoją pełną naturalną wartość.
Bez problemu wydobywa się pożądaną ilość masełka. Świetnie się rozprowadza, masełko rozpuszcza się pod wpływem temperatury ciała. Doskonale natłuszcza i nawilża. Szybko się wchłania a zapach utrzymuję się na skórze przez długi czas. Skóra jest miękka, błyszcząca i przyjemna w dotyku.


Ze względu na jego właściwości antycellulitowe używam go głównie na nogi, ramiona i brzuch. Gdy zakładam później długie spodnie od pidżamy albo legginsy czuję przyjemne ciepełko. Jeśli chodzi o jego zwalczenie cellulitu - za krótko go stosuję by wypowiedzieć się na ten temat. Jednak zauważyłam, że skóra jest napięta i wygładzona.

Zachęcam Was także do zapoznania się z dobrodziejstwami jakie niosą ze sobą składniki zawarte w produkcie.

Maso Shea (Karite) – bogate w kwasy tłuszczowe oraz witaminy A, E i F - regeneruje i odnawia zniszczony naskórek. Wygładza i zmiękcza skórę, stymuluje aktywność komórek do odmładzania. Łagodzi podrażnienia, przyspiesza procesy gojenia, niweluje reakcje alergiczne.
Masło kakaowe – bogate w naturalne autoutleniacze neutralizujące działanie szkodliwych wolnych rodników, witaminy, minerały takie jak magnez, wapno, potas.  Wspaniale nawilża i chroni skórę. 
Masło mango – doskonale nawilża, zmiękcza, uelastycznia, łagodzi podrażnienia  i goi skórę.

Masło kokum – doskonale zmiękcza i uelastycznia skórę. Stosowane do pielęgnacji skóry suchej, zrogowaciałej i szorstkiej - doskonale zapobiega wysuszeniu i wiotczeniu, a także pomaga w regeneracji. Bardzo dobrze się wchłania, nie zatyka porów.
Olej migdałowy - wpływa na jędrność i elastyczność skóry i opóźnia proces starzenia.
Olej z kiełków pszenicy - bogaty w niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe, witaminy, składniki mineralne, lecytyny, enzymy, fitosterole, karoteny. 
Olejek imbirowy dzięki właściwościom rozgrzewającym i pobudzającym krążenie pomaga zwalczać celulit, ujędrnia i modeluje sylwetkę. Działa przeciwbakteryjnie, przeciwłojotokowo i przeciwzapalnie.
Olejek paczulowy –  zalecany jest dla skóry dojrzałej, wspomaga jej regenerację, pozytywnie wpływa na skórę popękaną, zmiękcza ją i pomaga usuwać zaczerwienienia. Zwalcza takie problemy skórne jak m.in.trądzik. Działa jako antydepresant.

Za co lubię masło shea i olejki do ciała?
- piękny, intensywny zapach długo utrzymujący się na skórze
- świetna konsystencja
- ładne, zgrabne opakowanie
- kosmetyk naturalny
- bogaty, fenomenalny skład
- doskonale nawilża i natłuszcza
- szybko się wchłania
- wygładza, ujędrnia skórę
- rozgrzewa
 - nie testowany na zwierzętach
- działanie antycellulitowe

Na prawdę polecam Wam ten produkt, gwarantuję, że będziecie z niego bardzo zadowolone.
Więcej o masełku możecie przeczytać na stronie producenta.




sobota, 22 września 2012

Walczę z choróbskiem.

 Na początku miesiąca pisałam, że nie lubię września. Z dnia na dzień robi się coraz zimniej, liście zaczynają przybierać pomarańczowe barwy i spadają z drzew. Po lecie zostało tylko wspomnienie i tęsknota...
Jeszcze niedawno pisałam, że silnie bronię się przed paskudnym choróbskiem. Jednak dzisiaj dopadło także mnie. Ból głowy, oczu, kości i mięśni, podwyższona temperatura. Myślę, że to tylko lekkie przeziębienie i nie jest to zapowiedź czegoś poważniejszego - choć wybieram się do hematologa. Powtórzone badania krwi wciąż wyglądają niepokojąco i nie ma na co czekać. Więc przyszły tydzień spędzę prawdopodobnie biegając od lekarza do lekarza. W poniedziałek rezonans, w środę wizyta u ortopedy i w końcu zostanie rozwiązana sprawa z kolanem.
Nareszcie zakończyłam przygodę z pisaniem pracy magisterskiej - promotor ocenił ją na 5 - więc teraz już tylko obrona :)

Musiałam przerwać bieganie i domowe ćwiczenia siłowe. Zrobiłam progres jeśli chodzi o ilość powtórzeń w obwodzie - z 11, 9 powtórzeń doszłam do 15,13 - bez szału, ale nawet to cieszy. Zauważyłam, że moje ręce są coraz silniejsze.

Dzisiejszy wieczór spędzam sama w domu z książką, pod ciepłym kocem, wdycham zapach truskawek w bitą śmietaną i popijam rozgrzewającą herbatę z cytryną i imbirem.

 IMBIR
Imbir jest jedną z tych roślin, bez których wiele narodów nie wyobraża sobie życia. Dla każdego Azjaty to podstawowy dodatek do potraw i bardzo skuteczne lekarstwo na przeziębienie (herbata z imbirem), mdłości (napar z imbiru) czy bóle miesiączkowe (plastry korzenia imbiru)
Akurat dzisiaj jest taki dzień, że piję i herbatę i wcinam surowe plastry :)




Oczywiście towarzyszy mi mój pies, który chyba przechodzi jakiś kryzys. Wszędzie za mną chodzi, chce by ją głaskać, pieścić i tulić. Wkopuje mi się pod koc i ciągle zaczepia, wpatrując się we mnie wzrokiem kota ze Shreka. Jest taka rozkoszna i pocieszna :)


No i mam w końcu czas by przejrzeć zaległe posty na Waszych blogach :)

Ubierajcie się ciepło i łykajcie witaminki !

piątek, 21 września 2012

Łososiowy łosoś.

Wstałam  dzisiaj wcześniej niż zwykle. Obudził mnie zapach świeżo zaparzonej kawy i poranne promienie słoneczne nieśmiało zaglądające przez okno. Jutro pobudka o 4.00 - jadę do domu mojej promotor - długa historia :P Ale mam nadzieję, że we wtorek zamknę już wszystkie sprawy formalne i będę mogła w spokoju zacząć przygotowania do obrony i szaleńce poszukiwanie pracy.

Dzisiejszym tematem posta będzie... Łosoś ! :)
Łosoś jest jedną z moich ulubionych ryb, jednak słyszy się o nim zarówno dobre jak i złe rzeczy. Jedni zachęcają do jego spożywania, inni straszą chemią, antybiotykami, hormonami i zanieczyszczeniami.


                                                        Co możemy znaleźć w sklepach i co wybrać ?                                    

1. Łosoś świeży w dzwonkach i filetach - kupujmy mniejszą rybę - jest młodsza, ma delikatniejsze mięso.
2. Łosoś mrożony - gorszy dużo w  smaku i może być nie świeży.
3. Łosoś wędzony na zimno i na gorąco
Takich ryb nie powinno się jeść często bo dym zawiera wiele substancji rakotwórczych. Lepiej wybierać tego na zimno,bo nie ma tyle dymu wędzarniczego.
4. Pasty rybne - unikajmy. Łososia tam niewiele...

Większość łososi, których to produkcja w ostatnich latach wzrosła dziesięciokrotnie pochodzi z hodowli.
Co takiego złego jest w hodowli?
- nastawienie na zysk
- intensywność
- takie ryby częściej chorują i częściej faszeruje się je antybiotykami - niebezpieczne jest to tylko wtedy, gdy nie minie okres karencji i rybka z antybiotykem trafi na nasz stół. Jednak gdy farma jest pod stałą ochroną wyterynaryjną nie ma powodów do obaw.
Co je łosoś i czemu zawdzięcza swoją charakterystyczną barwę?
Krewetki, kraby, skorupiaki, granulkami z oleju rybnego, mączki, witaminy, sole mineralne, wyciągi roślinne, astaksantynę - naturalny lub sztuczny barwnik, który jest NIEGROŹNY DLA ZDROWIA.

Ja łososia uwielbiam i choć nie jest on rybą najbogatszą w Kwasy Omega-3 jadam ją najczęściej.
Łososia głownie piekę,gotuję i grilluję. Nigdy nie smażę. Wędzonego dodaję do kanapek, makaronu, sałatek. Uwielbiam także sushi z łososiem. Past rybnych nie jadam.

Jak przygotowuję łososia? Bardzo prosto.

Składniki (2 porcje)
- filet łososia
- cytryna
- czosnek
- pietruszka
- koperek
- pieprz biały/kolorowy
- zioła



Przygotowanie
- wszystko kroimy

 
 - przyprawiamy do smaku




























- posypujemy pietruszką, koperkiem i czosnkiem, kładziemy na to kilka plastrów cytryny























Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni i pieczemy rybkę w folii aluminiowej 15 minut, po tym czasie odwijamy rybę i pieczemy jeszcze około 5-8 minut.



Mmm, smacznego!



A Wy jak najchętniej jecie łososia? Macie jakieś sprawdzone przepisy?

czwartek, 20 września 2012

Wyjazdowa środa.

Dzisiaj trochę prywaty :D

Wczoraj musiałam odbyć krótką podróż do Warszawy w cele odebrania certyfikatu z języka angielskiego i podbicia obiegówki. Przed obroną jest tyle latania i załatwiania - na niektórych uczelniach takimi rzeczami zajmują się przedstawiciele grup. U mnie niestety od samego początku wszystko było robione indywidualnie. Bardzo dobrze,że coraz więcej uczelni odchodzi od systemu z indeksami - po co to komu, skoro i tak niemal wszędzie wszystko robione jest przez i pod USOS.

Akurat dobrze się złożyło, bo większość spraw miałam do załatwienia w moich ulubionych warszawskich miejscach. Są to miejsca klimatyczne i urokliwe. Tutaj odnajduję spokój, odprężam się i wyciszam. Gdy miałam dość dynamicznego, warszawskiego życia i chciałam nieco zwolnić, zabierałam książkę, notatki i uciekałam.

Pierwszym miejscem, które lubię jest ulica Chmielna. Niby taka tam zwykła ulica. Ale dla mnie jest swoistym przejściem ze współczesności do przeszłości. Może to zapach cieplutkich, świeżo wypiekanych pączków z czekoladą działa na mnie tak uspokajająco i przenosi mnie do czasów dzieciństwa.
 
Drugim miejscem, które lubię jest warszawska starówka. Chodziliśmy nią miliony razy, ale dopiero wczoraj zdecydowaliśmy się na spojrzenie na nią z perspektywy ptaka :)
Szczerze Wam powiem, że trochę się na początku bałam - ten dach był jakiś krzywy :)




No i BUW wraz z ogrodami (Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego). Jeśli będziecie kiedyś w Warszawie - koniecznie tam zajrzyjcie. Sama Biblioteka robi wrażenie, a z ogrodów, które znajdują się na dachu Biblioteki rozciąga się przepiękny widok na Warszawę.



Kocham Łazienki Królewskie, Muzeum Powstania Warszawskiego, Wybrzeże Helskie, Saską Kępę i Wilanów. Szkoda tylko, że pogoda nam nie dopisała. Było zimno, wietrznie i mokro. Wycieczka krótka, ale fajna.


Oczywiście musiałam spróbować Bubble Tea! Bubble tea to przepyszna herbata z perełkami tapioki, które zasysa się przez mega grubą i kolorową słomkę. Narodziła się w Tajwanie i szybko rozpowszechniła się na inne kraje Azji, a później Europy - możecie zobaczyć ją także u Klaudii :D 




  Ja wybrałam herbatę truskawkową z dodatkami ananasowymi i jabłkowymi. Ale uważam te dodatki za zbędne. Następnym razem spróbuję mlecznej, kokosowej :))


Próbowałyście bąbelkowej herbaty?

środa, 19 września 2012

Jak biegałam wczoraj i nowa kurteczka do biegania.

Post ten pisałam wczoraj, ale czytacie go dzisiaj :D Planowanie postów to bardzo przydatna rzecz :)
Poprzedni tydzień miałam leniwy - jednym słowem fatalny. Ale odpoczęłam, naładowałam się pozytywną energią i z wielką radością poszłam dzisiaj pobiegać.
Założyłam dzisiaj nowo nabytą kurteczkę do biegania z technologią Nike Clima Fit.
Clima-FIT
To idealna propozycja dla biegacza na przelotny deszcz lub mżawkę. Wyjątkowo cienkie mikrowłókna są tak ciasno ułożone w tkanej konstrukcji tego materiału, że pomiędzy nimi pozostaje tylko minimalna przestrzeń, zdecydowanie za mała, by mogły się przez nią przedostać krople wody - na przykład deszczu lub stopionego śniegu - na tyle zaś duże, by mógł przez nie uciec na zewnątrz parujący pot. Ze względu na wyjątkowo niską wagę materiału, Clima-FIT daje poczucie lekkości i zapewnia dużą swobodę ruchów. Ponieważ Clima-FIT chroni przed deszczem i wiatrem, doskonale nadaje się jako zewnętrzna warstwa ubioru biegacza. (źródło: Run4Fun)

Na deszcz co prawda się dzisiaj nie zapowiadało, ale wieczorem zaczęło mocniej wiać.



I faktycznie kurteczka? jest bardzo lekka, w trakcie biegu w ogóle jej nie czułam. Pod nią założyłam biustonosz sportowy i koszulkę Nike z technologią Dri Fit ( usuwa wilgoć z przestrzeni między skórą a materiałem. Dzięki temu ubranie nie przykleja się do ciała, gwarantując sportowcowi wysoki komfort użytkowania - nawet podczas intensywnego wysiłku fizycznego. Przeniesiona na zewnątrz wilgoć szybciej wyparowuje, zapewniając większą swobodę ruchów oraz uczucie lekkości. Odzież z technologią Dri-FIT świetnie nadaje się jako pierwsza warstwa w ubiorze, czyli tzw. base layer). Doskonale chroniła od wiatru - mimo, że jest cienka nie było mi zimno. Uważam, że jest idealna na jesienne bieganie, nawet jak wiatr będzie chłodniejszy -możemy założyć bluzkę z długim rękawem i będziemy czuć się komfortowo. Nie wiem jak się sprawuję w deszczu, ale na pewno Wam o tym napiszę. Istotne jest to, że parujący pot ucieka na zewnątrz - mniejsze ryzyko zachorowania. Wadą może być to, że jest biała, więc szybko będzie się brudzić. Ale mnie to nie przeszkadza.

UWAGA: zarówno koszulkę jak i kurteczkę wygrzebałam w lumpeksie. 

                                                                    Wczorajszy trening biegowy                                                 


Plan początkowy: 45 minut ciągłego biegu. Jak już przebiegłam ten czas, stwierdziłam, że nie wiele już brakuje do siedmiu kilometrów. Gdy przekroczyłam siedem kilometrów stwierdziłam, że czuję się na tyle dobrze, że dobiegnę do 500 spalonych kcal. A jak stuknęło 500 to głupio było przerwać w połowie okrążenia. I takim to o to sposobem biegłam o 7 minut , pół kilometra i 18 kcal dłużej :) Fajna forma motywacji do jeszcze dłuższego wysiłku. Marzyło mi się dzisiaj 11 kilometrów - Mary mnie zmotywowała, ale jak widzicie biegałam w porze nocnej i miałam lekkiego cykora biec w pola, a kręcenie w kółko zaczęło mnie nudzić. Innym razem.

Tempo nie było jakieś zawrotne - 8 - 8.5 km/h.
Muszę kupić pulsometr - koniecznie. 24 września mam rezonans, obiecałam sobie, że jeśli wszystko będzie okiej to go kupię, a jak będzie źle to też go kupię - na pocieszenie :) Kolano wczoraj czuło się bardzo dobrze.
Bardzo bym chciała obrać sobie jakiś cel - np 5 kilometrów w 30 minut. Już biegałam w tych granicach. A wczoraj - 33 minuty. Strasznie szybko straciłam kondycję i muszę teraz wszystko mozolnie budować od nowa. Ale to nic.

A po treningu wyglądałam tak:

Prawie nie zmęczona...

Motywujecie się jakoś w trakcie wysiłku? 
I pytanie do dziewczyn, które biegają - w jakich spodniach biegacie jesienią?