wtorek, 14 kwietnia 2015

Szpinakowa rolada ;)

Szpinak, szpinak. Popey'owi dodawał niesamowitej mocy, inni na myśl o nim mają odruch wymiotny. Początkowo zaliczałam się do tej drugiej grupy ludzi, ale jak się okazało, każda potrawa, każde warzywo odpowiednio przyrządzone (doprawione) , smakuje niesamowicie dobrze.

Szpinak to samo zdrowie, o czym wiedzą już dzieci - dzięki wspomnianemu marynarzowi, któremu po puszcze tego fantastycznego warzywa rosły ogromne bajcepsy :D Ma działanie nie tylko antynowotworowe, ale również chroni nas przed miażdżycą. Poza tym bogaty jest w kwas foliowy - potas - który wpływa na regulację ciśnienia krwi - i żelazo. Zawiera również witaminę K - która wpływa na regulację krzepliwości krwi, jak również witaminę E, która ma działanie antyoksydacyjne - jedźcie szpinak, będziecie wiecznie młodzi ! :D

Szpinak blenderuję i piję w postacji koktajlu, nadziewam nim rogaliki z ciasta francuskiego, dodaję do sałatek, a teraz w końcu zrobiłam szpinakowo-łososiową roladę, która jest nie tylko smaczna, ale również wygląda bardzo atrakcyjnie :)

Składniki:

- szpiank - ja miałam zamrożone dwie sporej wielkości torebki
- czosnek - 2 duże ząbki
- sól, pieprz
- łosoś wędzony - najlepiej sałatkowy, cienko pokrojony
- jajka
- serek śmietankowy

Przygotowanie:

2 opakowania szpinaku - może być odmrożony, odparować na patelni, dodać czosnek, sól i pieprz. Z solą nie należy przesadzać, bo słoności potrawie doda łosoś. 4 białka ubić na sztywno, dodać żółtka, wymieszać i połączyć ze szpinakiem. Na blaszkę wyłożonej papierem do pieczenia wylewamy ciasto. Pieczemy 10 minut w temperaturze 180 stopni. Po tym czasie wyjmujemy ostrożnie nasze szpinakowe ciasto. Możemy je zwinąć na ścierce, aby miało ładny kształt, albo zostawić na ścierce nie zwinięte, usuwamy papier i czekamy aż przestygnie, Następnie smarujemy serkiem śmietankowym, ja użyłam Almette - może być czosnkowy, jeśli lubicie dużo czosnku ;), układamy łososia. Następnie ścisło zwijamy, zawijamy folią spożywczą i wkładamy do lodówki. Gotowe!



Spróbujcie, nie pożałujecie! ;)

piątek, 10 kwietnia 2015

Moja historia!

Piątek! Wolna sobota! Nareszcie się wyśpię! Huuuura!

Jedna z czytelniczek zostawiła mi komentarz, w którym pytała co dalej z tym odchudzaniem? Kurczę...dobre pytanie ;) Zmusiła mnie do refleksji i krótkiego streszczenia ostatniego roku - od maja do dnia dzisiejszego, 10-go kwietnia.

Dla nowych czytelników, ewentualnie dla tych, którzy chcą sobie przypomnieć '' z czym '' zaczynałam : klikklik.

Osiągnęłam wyznaczony cel już dawno temu. Wdrożyłam w swoje życie zasady zdrowego odżywiania, które są oczywiście po to, by je od czasu do czasu złamać. Wielokrotnie powtarzałam, że nie odchudzam się, a raczej modyfikuję, szukam zmian, otwieram się na nowości itd. Wygląd miał być efektem ubocznym niesamowitej zabawy, na drodze do samorozwoju. Nie wiedzieć kiedy wpadłam w cały ten fit szał i mną porządnie zawirowało. Trochę się pogubiłam, skręciłam na rozdrożu, nie tu gdzie trzeba. Zafiksowana na wyglądzie doprowadziłam się....do totalnego wychodzenia, pozbawienia kobiecych kształtów. Ale byłam taka szczuplutka! Taka chudzinka, taki wieszaczek, taka drobniutka...jak patrzę na zdjęcia z maja 2014... gdybym to nie była ja, pomyślałabym, że osoba na zdjęciu jest chora. Jakaś taka bez wyrazu, zapadnięta twarz, zmęczona, przetrenowana... I mimo, że się NIE GŁODZIŁAM wyglądałam jak kostucha. Nie podobałam się sobie, chociaż często w tym okresie słyszałam od koleżanek, że mam świetną figurę. Tylko zgubiłam gdzieś cycki, pupa jakaś taka niby jędrna, ale mała... zresztą co to dużo mówić...



Dodatkowo w między czasie, przez treningi odnowiła mi się po raz tysięczny kontuzja kolana.


Pod tym krwiakiem widoczna jest moja blizna pooperacyjna. Gdy tylko coś jest nie tak pojawia się ból, opuchlizna, by na sam koniec wylazł siniako-krwiak. Taki stan utrzymuje się dość długo, nawet do miesiąca. Także od sierpnia 2014 roku jestem praktycznie bez dynamicznego ruchu. Jesienią i zimą nie biegam. Boję się nierównej, śliskiej powierzchni, która może mi zaszkodzić. Komfortowo biega mi się latem, gdy jest gorąco i sucho. Dla utrzymania kondycji na razie spaceruję i robię statyczne treningi w warunkach domowych. Powinnam się poddać reoperacji, ale nie czuję się jeszcze gotowa na przechodzenie tego wszystkiego od nowa. Wiem jednak, że jest to konieczne.

Oczywiście przytyłam. Chciałam tego. Uważam, że wyglądam teraz okiej.
Ważę 63 kg przy 171 cm wzrostu. Na pierwszym zdjęciu ważyłam 57 kg.


I co dalej? Oczywiście znów mi się coś nie podoba :P Brak ruchu sprawił, że ciało nie jest takie jędrne i umięśnione jak było kiedyś. Bliższe cele nadal nie są sprecyzowane, myślę, że im mniej zmian zaplanuję tym lepiej.

Przechodzę własnie detox od zimnej coli w puszce ;D I to wyszło tak samo z siebie. Rzuciłam palenie. I chociaż daleko mi do fit umięśnionych blogerek czuję się dobrze. Nie chcę robić niczego za wszelką cenę.

Show must go on..... ;))))))


poniedziałek, 30 marca 2015

Foto marzec.

Jeden z dłuższych miesięcy tego roku już minął. Koniec marca przypomniał mi, że 1/4 tego Nowego 2015 roku za mną. Treningowo kiepsko, ale zawsze mogło by być gorzej. Dobrze, że chociaż pod względem diety jestem wzorową dziewczynką ;) Nie ma nic lepszego na podsumowanie miesiąca, jak fotorelacja. Także zapraszam ;)


W pokoju już zrobiło się wiosennie, chociaż jeszcze nie świątecznie. Wielkanocne klimaty pojawią się w tym tygodniu, gdy już wszystko będzie dokładnie wysprzątanie. Bo świąteczne porządki to już taka tradycja ;) A ile przy tym można stracić kalorii !


Pogoda wciąż nas nie rozpieszcza, więc chłodniejsze, deszczowe wieczory w miłym towarzystwie spędzam przy filiżance red orange zaparzonej w przesłodkim dzbaneczku, z książką w ręku.

Niezawodny suchy szampon, w tym miesiącu dość często ratował moją fryzurę. I love doskonale nawilża dłonie, uniwersalny kremik Oriflame o zapachu wanilii dba o moje usta, skórki paznokci i suche miejsca na nogach. A Daisy....no cóż, Daisy jest zawsze na topie, jeśli chodzi o moje pachnące wybory ;)




 'Jest pewna przyjemność w lasach bez ścieżek. Jest upojenie w samotnym wybrzeżu. Jest społeczność gdzie nie ma intruzów. Przy głębokim morzu i muzyce jego szumu. Nie człowieka kocham mniej, lecz naturę bardziej'.


Uwaga! Nadejszla faza na puzzelki !


Kwiatowa Kama.

Kama czerwony kapturek.


Kama się rozciąga.


W leniwe niedziele nadrabiamy zaległości filmowe ;) Jeden dzień <3


Sobotni wieczór z przyjaciółmi ... ;)


Biedronka zaskakuje i zachwyca! Przepiśnik już jest mój !


Miłość do makaronów...

Pieczona polędwiczka z kaszą gryczaną i salsą .... omniom!


Mój pierwszy w życiu żur na prawdziwym zakwasie. Debiut, ale jaki!

Mam nadzieję, że w kwietniu będzie więcej ciepłych dni, które głównie spędzę na świeżym powietrzu.... ;)

wtorek, 24 marca 2015

Torba marbo - serdecznie polecam ;)

Zawsze narzekałam na moją sportową torbę. A, że jest zbyt olbrzymia i nic nie mogę w niej znaleźć. I cóż, że duża i pojemna skoro noszę ją do połowy zapełnioną. Ma niewygodne uchwyty, za to doskonale sprawdza się jako torba podróżna. Jest wytrzymała, ładna, do trzymania w ręku przez mojego faceta-  wręcz idealna. Potrzebowałam czegoś mniejszego, bardziej poręcznego. Torby którą wypełnię w całości i która jednocześnie pomieści wszystko co potrzebuję do pójścia na basen, czy też przeniesienia moich fit gadżetów do ogrodu babci. Zazwyczaj pakuję ręcznik, taśmy rozciągające, kilogramową piłkę i dwie 3-kilogramowe hantle, bidon, wodę telefon, portfel i klucze do mieszkania. Pozwala mi to na zrobienie lekkiego treningu na świeżym powietrzu. 

Przetestowałam torbę firmy marbo jest idealna. Spełnia moje oczekiwania, jest zgrabna, poręczna, dzięki długim paskom wygodnie mi się z nią chodzi. Na rozciąganie i trening siłowy jest mi jeszcze za zimną, więc w chwili obecnej torba służy mi do przechowywania sprzętów, a także krótkich  - weekendowych – wyjazdów poza miasto.

Kilka słów o torbie, które znajdziemy również na stronie producenta.

Wysokość:
28 cm
Szerokość:
28 cm
Długość:
46 cm
Ilość komór:
1
Ilość kieszeni:
2
Waga:
0,7 kg
Materiał podstawowy:
Nylon D420
Pojemność:
20 - 30 litrów
Przeznaczenie:
Sport 
1 - dniowe wycieczki



Torba posiada małą, przednią kieszeń, która spokojnie pomieści telefon czy też klucze. Dwie małe rączki możemy złączyć ze sobą dzięki rzepie. Długość dłuższej rączki możemy regulować. Zdjęcie jest kiepskiej jakości z powodu braku aparatu. Po torbę sięgam coraz częściej, więc niebawem zobaczycie ją w całej okazałości. Jeśli macie ochotę na małą, zgrabną, solidną torbę za rozsądną cenę - to serdecznie polecam. Oprócz toreb na stronie producenta znajdziemy również plecaki i pokrowce.


środa, 18 marca 2015

Jeszcze nie mam Alzhaimera.

Czas - był, jest i będzie. Coś odchodzi, przemija, coś nowego przychodzi i z radosną miną wpycha się do naszego życia. Paradoksalny, subtelny, czasami nieuchwytny. Mijają sekundy, minuty, godziny, dni, miesiące, lata. A w środku całego bałaganu my- próbujący nadążyć za wszystkim i ze wszystkim. Bo karuzela nigdy nie przestaje się kręcić. Czas zatacza koło, czasami pojawiają się zdarzenia z przeszłości. Ale czas nas uczy. Uczy jak odbierać po latach doświadczeń obecną rzeczywistość. Wytyka nam bezczelnie błędy, chroni, poniża, zasmuca, rozwija, cieszy. Na wszystko przychodzi w życiu czas. Babcia zawsze mi powtarzała : dzieciaku jeszcze przyjdzie na to czas, nie teraz, za wcześnie. To od nas zależy jak spożytkujemy ten nam dany, bo nie wiemy ile go jeszcze mamy. Jest czas na życie, ale też i na umieranie. Czas nawiązywania nowych przyjaźni i pogodzenie się z odejściem starych. Czas wyzwań, kryzysów, które spotykają nas w ciągu lat naszego życia.  Dużo tych czasów. Czasami skaczemy do góry z radości, znajdujemy się w stanie euforii, fruwamy ponad ziemią za pomocą skrzydeł wyobraźni. Ale jest też ten gorszy - w globalnym znaczeniu - czas głodu, wojen, smrodu, terroru, zamieszek, W tym prywatnym - czas upadków, rozczarowań, rozgoryczenia, samotności i smutku. I przychodzi moment, kiedy te wszystkie zdarzenia układają się w całość, przewartościowujemy swój system myślenia, robimy rachunek sumienia, wyciągamy wnioski i kolejną lekcję od życia. Czas. Czas, Czas....

27 lat. To wiele i niewiele. Wystarczająco dużo by zmądrzeć, nauczyć się panować nad emocjami, cieszyć chwilą i wiedzieć co jest w życiu ważne. I tak mało, że czasami niektóre błędy popełniamy wielokrotnie, uczymy się czegoś każdego dnia, samych siebie, a życie i tak nas zaskakuje. Niejednostajne, nieprzewidywalne, kruche, ulotne. Przeżyjmy dany nam czas najlepiej jak potrafimy. W każdym dniu znajdźmy czas na refleksję, pozwólmy by na naszych mordeczkach pojawił się uśmiech, który znikać będzie rzadko. Tego życzę sobie w dniu moich 27 urodzin ( co miało miejsce 6 dni temu). Mądrości. Mądrości, tej życiowej.





27 rok moich urodzin będzie rokiem niezwykłym - to wiem już dzisiaj. Będzie to czas zmian, podjęcia ważnych, życiowych decyzji. To rok w którym zostanę żoną, stworzę dom dla siebie i bliskich. Może przyniesie mi coś niespodziewanego?

To rok, w którym dalej rozwijam swoją drogę edukacyjną, uczę się nowych rzeczy, poznaję, próbuję, obieram punkt widzenia, rozwijam swoje poglądy.

To rok, który już pokazał na kogo można liczyć, czym jest przyjaźń. Pokazał jak silne mogą być niektóre więzi łączące z innymi ludźmi, które opierają się logice, czasowi, odległości, bo po prostu są sobie przeznaczone.


czwartek, 12 marca 2015

Domowe sposoby na zakwasy.

Pewnie każdej z Was po solidnym wysiłku zdarzyło się mieć tzw zakwasy. Zwłaszcza jeśli wróciłyście do treningu po dłuższej przerwie. Z medycznego punktu widzenia zakwasy to zespół opóźnionego bólu mięśniowego. Nie wiem jak Was, ale mnie uczono w szkole, że powodem wystąpienia owego bólu jest intensywny wysiłek fizyczny w trakcie którego dochodzi do niedoboru tlenu i pracy mięśni w warunkach beztlenowych, co w konsekwencji przyczynia się do powstania kwasu mlekowego. To właśnie ten kwas miał powodować wielodniowe bólu mięśni. Kwas mlekowy - owszem wytwarza się w mięśniach, jednak jego obecność po godzinie czy dwóch jest minimalna.

Zakwasy spowodowane są mikrouszkodzeniami mięśni, które są ''zaskoczone'' intensywną pracą. Jednak należy pamiętać, że jest to naturalny, zdrowy proces który powoduje nie tylko regenerowanie się mięśni, ale również wpływa na ich wzmocnienie.

Partiami mięśni, w których najczęściej dokucza mi ból są: mięsień czworogłowy i dwugłowy uda, mięśni piersiowe i mięśnie brzucha. Kilka dni temu skatowałam porządnie nogi przysiadami, martwym ciągiem i wykrokami. Dzisiaj chodzę jak połamana :D Każdy krok sprawia ból, poruszanie się jest niepewne, mam wrażenie, że nogi się pode mną uginają. Ale ja lubię to czuć, może zabrzmi to masochistycznie, ale lubię ból po treningu. Czasami jednak trzeba się jakoś wspomóc i próbować go trochę łagodzić. Jakie są moje sposoby?

1. Nie zasiedzieć się. Czyli pozostać w ruchu, rozchodzić mięśnie. Oczywiście nie pędzę na siłownię i ciężary odkładam na bok, ale spaceruję, staram się nie siedzieć w miejscu, bo później czuję się jeszcze gorzej.

2. Rozciąganie. Spokojne, powolne, rozważne, delikatne. Chociaż początkowo ból jest duży, w miarę trwania wykonywania ćwiczeń staje się łagodniejszy.

3. Pływaj. Woda przynosi ukojenie obolałym mięśniom. Pozwala na ich rozluźnienie, a nam na zrelaksowanie się, odpoczynek. Właśnie taki lekki wysiłek jest najlepszy i zalecany przez specjalistów. Podobnie działa naprzemienny prysznic - zimną i ciepłą wodą, ewentualnie kąpiel w gorącej wodzie - zwiększa się przepływ krwi, co wspomaga szybszą regenerację mięśni.

4. Gdy ból jest mocno dokuczliwy stosuję miejscowo maści przeciwbólowe, maści chłodzące, rzadko kiedy sięgam po leki. Jeśli chcecie się wspomóc farmakoterapię sięgnijcie po niesteroidowe leki przeciwzapalne, np. Ibuprom.

5. Okłady z zimnego kefiru, ciepły kompres na obolałe mięśnie.

6. Masaż.

Uwaga! Nie ma żadnych medycznych przesłanek, mówiących o tym, że piwo pomaga na zakwasy ;)

Ewentualnie odpoczywajcie i leniuchujcie czekając aż ból sam minie. Myślę, że trzy dni i będzie okiej ;)





poniedziałek, 9 marca 2015

Fit chińszczyzna! I do tego vege!

Jakże fantastycznie było dzisiaj wstać bez pośpiechu, bez szukania w popłochu rzeczy do pracy, wyciągania ubrań z szafy i biegania po mieszkaniu, żeby tylko zdążyć na czas. Leniwe poniedziałkowe poranki uwielbiam. Z ulgą mogę wtedy odetchnąć, otacza mnie przyjemna cisza, czuję się komfortowo i świeżo. Funkcjonuję w harmonii, w powolnym, kojącym rytmie. 

Udało się nawet zrobić solidny trening siłowy, przy pomocy domowego sprzętu. Cieszę się, że dokupiłam kilka fit gadżetów. Doskonale urozmaicają trening, zwiększają ilość ćwiczeń, szczególnie na te partie ciała. których nie lubię robić z hantlami. 

A po treningu i prysznicu można spokojnie wziąć się za zrobienie obiadu. W lodówce nie miałam zbyt dużego wyboru. Praca, weekendowe wyjazdy, teraz kolejna szkoła sprawiają, że nie zawsze znajdzie się czas na zakupy. Poza tym doszliśmy jednogłośnie do wniosku, że zbyt dużo jedzenia marnujemy i trafia ono do kosza. Naszła mnie ochota na danie kuchni azjatyckiej. Fanką żarcia z chińskiej budki jestem od dawna, już na studiach zawsze przed podróżą pociągiem, okupowałam knajpę na dworcu. Ostatnio bardzo ograniczam tłuszcze pochodzenia zwierzęcego, jadam mało mięsa- nie, że w ogóle, bo jestem urodzonym mięsożercą. Ale ograniczam jego spożycie do 2-3 razy w tygodniu maksymalnie, przy czym najrzadziej jadam produkty drobiowe. Początkowo myślałam, że będzie mi mocno brakować go w diecie, dania będą nudne, mdłe i niesmaczne. Nic bardziej mylnego. Wiele osób z mojego otoczenia, które ograniczyły bądź też całkowicie zrezygnowały z produktów mięsnych czują się doskonale, tak również wyglądają. I żeby rozwiać Wasze wątpliwości - nie są to osoby na ciągłej redukcji! Wręcz przeciwnie, 89 kilogramowi mężczyźni, którzy przerzucają ciężkie ciężary ;)

Sekretem dania, które chcę Wam polecić nie są warzywa. Każdy smak warzyw zna i mniej więcej wie, czego może się spodziewać po przyrządzeniu dania z konkretnych półproduktów. Tutaj kluczem do doskonałego smaku i zapachu są przyprawy, sosy i oleje. Dokładnie tak! Oleje! I nie myślcie, że jest nie wiadomo ile. Prostota jest kluczem.


Greckiej oliwy z oliwek, pochodzącej z regionu peloponeskiego używam namiętnie od lat. Jest doskonała w smaku, bogata w jednonienasycone i wielonienasycone kwasy tłuszczowe - zwłaszcza omega-9 jest, bardzo zdrowa. Od niedawna zaczęłam również często używać oleju sezamowego. Ze względu na swój charakterystyczny, aromatyczny zapach nie nadaje się do wszystkich potraw, jednak w kuchni pseudo chińskiej, którą praktykuję w domu sprawdza się idealnie. Olej sezamowy w swoim składzie ma przeważającą część nienasyconych kwasów tłuszczowych (omega 9 ok. 41-43%), które odgrywają kluczową rolę w zachowaniu zdrowia. Sos sojowy i czosnkowy sos chili są tylko dodatkami, mającymi na celu delikatnie podkręcić smak potrawy.


Do przygotowania smacznej i zdrowej potrawy potrzebujemy:
- mieszanka warzyw orientalnych - ja zdecydowałam się na mrożonkę, bo miałam ją w lodówce,
- kasza gryczana - 200 g na trzy porcje,
- mała czerwona cebula,
- oliwa z oliwek,
- olej sezamowy,
- sos sojowy,
- czosnkowy sos chili,
- przyprawy : cynamon, papryka chilli, pieprz, curry, niewielka ilość soli

Przygotowanie potrawy jest proste i zajmuje zaledwie kilkanaście minut. Żałuję, że oleje wlewałam na oko i nie jestem w stanie podać Wam dokładnych proporcji, ale mieszczą się one w granicach od 10 do 15 ml. Sosu sojowego 15 ml i sosu chilli ok 5 ml - niewiele! Potrawa nie ocieka gęstym sosem, ale nie jest sucha! No i jest to propozycja bezmięsna ;) 

Nie jest ona pikantna, więc nadaje się również jako posiłek dla dzieci. Jeśli wolicie mocniejszy smak wkrójcie jedną paprykę chilli i przesmażcie ją z czerwoną cebulą. 

Smacznego! 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...