wtorek, 24 marca 2015

Torba marbo - serdecznie polecam ;)

Zawsze narzekałam na moją sportową torbę. A, że jest zbyt olbrzymia i nic nie mogę w niej znaleźć. I cóż, że duża i pojemna skoro noszę ją do połowy zapełnioną. Ma niewygodne uchwyty, za to doskonale sprawdza się jako torba podróżna. Jest wytrzymała, ładna, do trzymania w ręku przez mojego faceta-  wręcz idealna. Potrzebowałam czegoś mniejszego, bardziej poręcznego. Torby którą wypełnię w całości i która jednocześnie pomieści wszystko co potrzebuję do pójścia na basen, czy też przeniesienia moich fit gadżetów do ogrodu babci. Zazwyczaj pakuję ręcznik, taśmy rozciągające, kilogramową piłkę i dwie 3-kilogramowe hantle, bidon, wodę telefon, portfel i klucze do mieszkania. Pozwala mi to na zrobienie lekkiego treningu na świeżym powietrzu. 

Przetestowałam torbę firmy marbo jest idealna. Spełnia moje oczekiwania, jest zgrabna, poręczna, dzięki długim paskom wygodnie mi się z nią chodzi. Na rozciąganie i trening siłowy jest mi jeszcze za zimną, więc w chwili obecnej torba służy mi do przechowywania sprzętów, a także krótkich  - weekendowych – wyjazdów poza miasto.

Kilka słów o torbie, które znajdziemy również na stronie producenta.

Wysokość:
28 cm
Szerokość:
28 cm
Długość:
46 cm
Ilość komór:
1
Ilość kieszeni:
2
Waga:
0,7 kg
Materiał podstawowy:
Nylon D420
Pojemność:
20 - 30 litrów
Przeznaczenie:
Sport 
1 - dniowe wycieczki



Torba posiada małą, przednią kieszeń, która spokojnie pomieści telefon czy też klucze. Dwie małe rączki możemy złączyć ze sobą dzięki rzepie. Długość dłuższej rączki możemy regulować. Zdjęcie jest kiepskiej jakości z powodu braku aparatu. Po torbę sięgam coraz częściej, więc niebawem zobaczycie ją w całej okazałości. Jeśli macie ochotę na małą, zgrabną, solidną torbę za rozsądną cenę - to serdecznie polecam. Oprócz toreb na stronie producenta znajdziemy również plecaki i pokrowce.


środa, 18 marca 2015

Jeszcze nie mam Alzhaimera.

Czas - był, jest i będzie. Coś odchodzi, przemija, coś nowego przychodzi i z radosną miną wpycha się do naszego życia. Paradoksalny, subtelny, czasami nieuchwytny. Mijają sekundy, minuty, godziny, dni, miesiące, lata. A w środku całego bałaganu my- próbujący nadążyć za wszystkim i ze wszystkim. Bo karuzela nigdy nie przestaje się kręcić. Czas zatacza koło, czasami pojawiają się zdarzenia z przeszłości. Ale czas nas uczy. Uczy jak odbierać po latach doświadczeń obecną rzeczywistość. Wytyka nam bezczelnie błędy, chroni, poniża, zasmuca, rozwija, cieszy. Na wszystko przychodzi w życiu czas. Babcia zawsze mi powtarzała : dzieciaku jeszcze przyjdzie na to czas, nie teraz, za wcześnie. To od nas zależy jak spożytkujemy ten nam dany, bo nie wiemy ile go jeszcze mamy. Jest czas na życie, ale też i na umieranie. Czas nawiązywania nowych przyjaźni i pogodzenie się z odejściem starych. Czas wyzwań, kryzysów, które spotykają nas w ciągu lat naszego życia.  Dużo tych czasów. Czasami skaczemy do góry z radości, znajdujemy się w stanie euforii, fruwamy ponad ziemią za pomocą skrzydeł wyobraźni. Ale jest też ten gorszy - w globalnym znaczeniu - czas głodu, wojen, smrodu, terroru, zamieszek, W tym prywatnym - czas upadków, rozczarowań, rozgoryczenia, samotności i smutku. I przychodzi moment, kiedy te wszystkie zdarzenia układają się w całość, przewartościowujemy swój system myślenia, robimy rachunek sumienia, wyciągamy wnioski i kolejną lekcję od życia. Czas. Czas, Czas....

27 lat. To wiele i niewiele. Wystarczająco dużo by zmądrzeć, nauczyć się panować nad emocjami, cieszyć chwilą i wiedzieć co jest w życiu ważne. I tak mało, że czasami niektóre błędy popełniamy wielokrotnie, uczymy się czegoś każdego dnia, samych siebie, a życie i tak nas zaskakuje. Niejednostajne, nieprzewidywalne, kruche, ulotne. Przeżyjmy dany nam czas najlepiej jak potrafimy. W każdym dniu znajdźmy czas na refleksję, pozwólmy by na naszych mordeczkach pojawił się uśmiech, który znikać będzie rzadko. Tego życzę sobie w dniu moich 27 urodzin ( co miało miejsce 6 dni temu). Mądrości. Mądrości, tej życiowej.





27 rok moich urodzin będzie rokiem niezwykłym - to wiem już dzisiaj. Będzie to czas zmian, podjęcia ważnych, życiowych decyzji. To rok w którym zostanę żoną, stworzę dom dla siebie i bliskich. Może przyniesie mi coś niespodziewanego?

To rok, w którym dalej rozwijam swoją drogę edukacyjną, uczę się nowych rzeczy, poznaję, próbuję, obieram punkt widzenia, rozwijam swoje poglądy.

To rok, który już pokazał na kogo można liczyć, czym jest przyjaźń. Pokazał jak silne mogą być niektóre więzi łączące z innymi ludźmi, które opierają się logice, czasowi, odległości, bo po prostu są sobie przeznaczone.


czwartek, 12 marca 2015

Domowe sposoby na zakwasy.

Pewnie każdej z Was po solidnym wysiłku zdarzyło się mieć tzw zakwasy. Zwłaszcza jeśli wróciłyście do treningu po dłuższej przerwie. Z medycznego punktu widzenia zakwasy to zespół opóźnionego bólu mięśniowego. Nie wiem jak Was, ale mnie uczono w szkole, że powodem wystąpienia owego bólu jest intensywny wysiłek fizyczny w trakcie którego dochodzi do niedoboru tlenu i pracy mięśni w warunkach beztlenowych, co w konsekwencji przyczynia się do powstania kwasu mlekowego. To właśnie ten kwas miał powodować wielodniowe bólu mięśni. Kwas mlekowy - owszem wytwarza się w mięśniach, jednak jego obecność po godzinie czy dwóch jest minimalna.

Zakwasy spowodowane są mikrouszkodzeniami mięśni, które są ''zaskoczone'' intensywną pracą. Jednak należy pamiętać, że jest to naturalny, zdrowy proces który powoduje nie tylko regenerowanie się mięśni, ale również wpływa na ich wzmocnienie.

Partiami mięśni, w których najczęściej dokucza mi ból są: mięsień czworogłowy i dwugłowy uda, mięśni piersiowe i mięśnie brzucha. Kilka dni temu skatowałam porządnie nogi przysiadami, martwym ciągiem i wykrokami. Dzisiaj chodzę jak połamana :D Każdy krok sprawia ból, poruszanie się jest niepewne, mam wrażenie, że nogi się pode mną uginają. Ale ja lubię to czuć, może zabrzmi to masochistycznie, ale lubię ból po treningu. Czasami jednak trzeba się jakoś wspomóc i próbować go trochę łagodzić. Jakie są moje sposoby?

1. Nie zasiedzieć się. Czyli pozostać w ruchu, rozchodzić mięśnie. Oczywiście nie pędzę na siłownię i ciężary odkładam na bok, ale spaceruję, staram się nie siedzieć w miejscu, bo później czuję się jeszcze gorzej.

2. Rozciąganie. Spokojne, powolne, rozważne, delikatne. Chociaż początkowo ból jest duży, w miarę trwania wykonywania ćwiczeń staje się łagodniejszy.

3. Pływaj. Woda przynosi ukojenie obolałym mięśniom. Pozwala na ich rozluźnienie, a nam na zrelaksowanie się, odpoczynek. Właśnie taki lekki wysiłek jest najlepszy i zalecany przez specjalistów. Podobnie działa naprzemienny prysznic - zimną i ciepłą wodą, ewentualnie kąpiel w gorącej wodzie - zwiększa się przepływ krwi, co wspomaga szybszą regenerację mięśni.

4. Gdy ból jest mocno dokuczliwy stosuję miejscowo maści przeciwbólowe, maści chłodzące, rzadko kiedy sięgam po leki. Jeśli chcecie się wspomóc farmakoterapię sięgnijcie po niesteroidowe leki przeciwzapalne, np. Ibuprom.

5. Okłady z zimnego kefiru, ciepły kompres na obolałe mięśnie.

6. Masaż.

Uwaga! Nie ma żadnych medycznych przesłanek, mówiących o tym, że piwo pomaga na zakwasy ;)

Ewentualnie odpoczywajcie i leniuchujcie czekając aż ból sam minie. Myślę, że trzy dni i będzie okiej ;)





poniedziałek, 9 marca 2015

Fit chińszczyzna! I do tego vege!

Jakże fantastycznie było dzisiaj wstać bez pośpiechu, bez szukania w popłochu rzeczy do pracy, wyciągania ubrań z szafy i biegania po mieszkaniu, żeby tylko zdążyć na czas. Leniwe poniedziałkowe poranki uwielbiam. Z ulgą mogę wtedy odetchnąć, otacza mnie przyjemna cisza, czuję się komfortowo i świeżo. Funkcjonuję w harmonii, w powolnym, kojącym rytmie. 

Udało się nawet zrobić solidny trening siłowy, przy pomocy domowego sprzętu. Cieszę się, że dokupiłam kilka fit gadżetów. Doskonale urozmaicają trening, zwiększają ilość ćwiczeń, szczególnie na te partie ciała. których nie lubię robić z hantlami. 

A po treningu i prysznicu można spokojnie wziąć się za zrobienie obiadu. W lodówce nie miałam zbyt dużego wyboru. Praca, weekendowe wyjazdy, teraz kolejna szkoła sprawiają, że nie zawsze znajdzie się czas na zakupy. Poza tym doszliśmy jednogłośnie do wniosku, że zbyt dużo jedzenia marnujemy i trafia ono do kosza. Naszła mnie ochota na danie kuchni azjatyckiej. Fanką żarcia z chińskiej budki jestem od dawna, już na studiach zawsze przed podróżą pociągiem, okupowałam knajpę na dworcu. Ostatnio bardzo ograniczam tłuszcze pochodzenia zwierzęcego, jadam mało mięsa- nie, że w ogóle, bo jestem urodzonym mięsożercą. Ale ograniczam jego spożycie do 2-3 razy w tygodniu maksymalnie, przy czym najrzadziej jadam produkty drobiowe. Początkowo myślałam, że będzie mi mocno brakować go w diecie, dania będą nudne, mdłe i niesmaczne. Nic bardziej mylnego. Wiele osób z mojego otoczenia, które ograniczyły bądź też całkowicie zrezygnowały z produktów mięsnych czują się doskonale, tak również wyglądają. I żeby rozwiać Wasze wątpliwości - nie są to osoby na ciągłej redukcji! Wręcz przeciwnie, 89 kilogramowi mężczyźni, którzy przerzucają ciężkie ciężary ;)

Sekretem dania, które chcę Wam polecić nie są warzywa. Każdy smak warzyw zna i mniej więcej wie, czego może się spodziewać po przyrządzeniu dania z konkretnych półproduktów. Tutaj kluczem do doskonałego smaku i zapachu są przyprawy, sosy i oleje. Dokładnie tak! Oleje! I nie myślcie, że jest nie wiadomo ile. Prostota jest kluczem.


Greckiej oliwy z oliwek, pochodzącej z regionu peloponeskiego używam namiętnie od lat. Jest doskonała w smaku, bogata w jednonienasycone i wielonienasycone kwasy tłuszczowe - zwłaszcza omega-9 jest, bardzo zdrowa. Od niedawna zaczęłam również często używać oleju sezamowego. Ze względu na swój charakterystyczny, aromatyczny zapach nie nadaje się do wszystkich potraw, jednak w kuchni pseudo chińskiej, którą praktykuję w domu sprawdza się idealnie. Olej sezamowy w swoim składzie ma przeważającą część nienasyconych kwasów tłuszczowych (omega 9 ok. 41-43%), które odgrywają kluczową rolę w zachowaniu zdrowia. Sos sojowy i czosnkowy sos chili są tylko dodatkami, mającymi na celu delikatnie podkręcić smak potrawy.


Do przygotowania smacznej i zdrowej potrawy potrzebujemy:
- mieszanka warzyw orientalnych - ja zdecydowałam się na mrożonkę, bo miałam ją w lodówce,
- kasza gryczana - 200 g na trzy porcje,
- mała czerwona cebula,
- oliwa z oliwek,
- olej sezamowy,
- sos sojowy,
- czosnkowy sos chili,
- przyprawy : cynamon, papryka chilli, pieprz, curry, niewielka ilość soli

Przygotowanie potrawy jest proste i zajmuje zaledwie kilkanaście minut. Żałuję, że oleje wlewałam na oko i nie jestem w stanie podać Wam dokładnych proporcji, ale mieszczą się one w granicach od 10 do 15 ml. Sosu sojowego 15 ml i sosu chilli ok 5 ml - niewiele! Potrawa nie ocieka gęstym sosem, ale nie jest sucha! No i jest to propozycja bezmięsna ;) 

Nie jest ona pikantna, więc nadaje się również jako posiłek dla dzieci. Jeśli wolicie mocniejszy smak wkrójcie jedną paprykę chilli i przesmażcie ją z czerwoną cebulą. 

Smacznego! 



niedziela, 8 marca 2015

W naszym dniu... ;)

Po długiej nieobecności w domu, w końcu mogę spokojnie usiąść i nacieszyć się spokojem i ciszą. Kolejny weekend zaliczony do udanych - w gronie najbliższych przyjaciół, spędzony aktywnie, radośnie i intensywnie ;) Potrzebuję takich krótkich wypadów, mimo podróży czuję się wypoczęta, naładowana pozytywną energią i radością. Przyjaciele zadbali również o to by mój brzuch był naładowany po sam wpust ;) Sprawili, że polubiłam zupę szczawiową -  co wydawało się rzeczą niemożliwą. Teraz już wiem, że nie ma zup których nie lubię, są tylko takie, które były źle zrobione ;P I chociaż czarniny nie zjem nigdy, zrobię kolejne podejście pod krupnik.

W powietrzu czuć wiosnę. A ja czuję, że nadchodzą duże zmiany w moim życiu - niby tak powoli, subtelnie, niemalże niewidocznie, po cichaczu.
Nareszcie uporządkowałam wiele spraw, znalazłam czas na treningi, dobre gotowanie i pisanie bloga.

Z pewnością mogę napisać, że odnalazłam szczęście. Jestem szczęśliwą kobietą ;)




Wszystkiego cudownego!

poniedziałek, 2 marca 2015

Książek stos! Kulturalny luty.

Gdzie jest luty!?

Ostatnimi czasy dużo czytam. Może nie starcza mi dnia żeby sięgnąć po książkę codziennie, ale staram się przeczytać kilka pozycji w ciągu miesiąca. Mam tygodnie, że z książką spędzam niemalże każdy wieczór. Są też takie dni, gdy sterta nowych nabytków leży koło łóżka. Postanowiłam przez jakiś czas wstrzymać się z kupowaniem, co by więcej czytać, a nie posiadać.




Trylogia Czasu jest tak wciągająca, że w zasadzie należałoby powiedzieć: „wsysa”; jest dowcipna, a zarazem totalnie romantyczna. Pewnego dnia piętnastoletnia Gwen odkrywa, że jest posiadaczką genu podróży w czasie – niespodziewanie przemieszcza się o sto lat wstecz. Okazuje się, że nie jest jedynym podróżnikiem - istnieje całe tajne bractwo, zajmujące się kontrolą dwunastu podróżników w czasie – Gwen jest ostatnim z nich. Szybko odkrywa, że jedenastym jest bardzo atrakcyjny dziewiętnastolatek: Gideon. Ale zakochiwanie się nie jest takie proste gdy się skacze tam i z powrotem w czasie i gdy trzeba wypełnić niebezpieczną misję w XVIII. wieku.



Trylogię czasu pochłonęłam w tempie błyskawicznym. Zabawna, urocza, pozwala cofnąć się do lat młodości. Autorka zabiera nas w fantastyczną podróż, pełną przygód, niebezpieczeństw i tajemnic. Mogłabym o trylogii napisać esej, ale z racji tego, że pewnie nie pohamowałabym się przed tysiącem spojlerów powstrzymam się. Zachęcam Was jednak gorąco do jej przeczytania,

Barwni bohaterowie, zabawne dialogi, równomiernie rozłożona akcja, która zaczyna się już od pierwszej strony powieści. Doskonała zarówno dla młodzieży jak i dorosłych, którzy mają ochotę oderwać się od rzeczywistości sięgając po lekką literaturę.




Tysiące lat temu, Anioł Razjel zmieszał swoją krew z krwią mężczyzn i stworzył rasę Nephilim, pół ludzi, pół aniołów. Mieszańcy człowieka i anioła przebywają wśród nas, ukryci, ale wciąż obecni, są naszą niewidzialną ochroną. Nazywają ich Nocnymi Łowcami. Nocni Łowcy przestrzegają praw ustanowionych w Szarej Księdze, nadanych im przez Razjela.
Ich zadaniem jest chronić nasz świat przed pasożytami, zwanymi demonami, które podróżują między światami, niszcząc wszystko na swej drodze. Ich zadaniem jest również utrzymanie pokoju między walczącymi mieszkańcami podziemnego świata, krzyżówkami człowieka i demona, znanymi jako wilkołaki, wampiry, czarodzieje i wróżki. W swoich obowiązkach są wspomagani przez tajemniczych Cichych Braci. Cisi Bracia mają zaszyte oczy i usta i rządzą Miastem Kości, nekropolią znajdującą się pod ulicami Manhattanu, w której leżą zmarli Łowcy. Cisi Bracia prowadzą archiwa wszystkich Łowców Cieni, jacy kiedykolwiek żyli. Strzegą również trzech boskich przedmiotów, które anioł Razjel powierzył swoim dzieciom. Jednym z nich jest Miecz. Drugim Lustro. Trzecim Kielich. A Kielich zaginął....


Naczytałam się super opinii o Darach Anioła. Przeczytałam Miasto Kości i choć ciekawi mnie dalszy los bohaterów, obawiam się, że wątek miłosny będzie tak spaprany, że aż się boję sięgnąć po kolejną część. Pani Cassandra ma ostrą banię, bo świat który stworzyła jest zupełnie inny od tych, które do tej pory miałam okazję spotkać w innych książkach. Za wyobraźnie, akcję, fabułę wielkie ŁAŁ. Natomiast coś mi przeszkadza w bohaterach - pewnie ich osobowości rozwiną się w ciągu kolejnych części, będzie okazja do ich lepszego poznania, ale póki co mam mieszane uczucia. 

Policja znajduje w Sztokholmie zwłoki kilku chłopców. Noszą one ślady ciężkiego pobicia, są na nich dziwne znaki, jakby nakłuwano je igłami, a we krwi ofiar odkryto obecność środków odurzających. Do tego dwóm chłopcom sprawca obciął przed śmiercią genitalia, jednemu wydłubał oczy, obciął wargi i nos, a także powyrywał włosy z głowy.

Śledztwo w sprawie zabójstw prowadzi komisarz policji, Jeanette Kihlberg. Ponieważ awansowała na to stanowisko niedawno, bardzo chce się wykazać. Jednak dochodzenie idzie jak po grudzie, bo sprawca nie zostawił żadnych śladów. Pani komisarz zdołała jedynie ustalić, że jeden z chłopców pochodził z Białorusi, a jeden z Afryki. Wiele wskazuje na to, że mogli paść ofiarą pedofila albo gangu przemycającego dzieci z Europy Wschodniej lub Afryki…

Z Chin przybywa nielegalny imigrant. Ma kilkanaście lat i nazywa się Gao Lin. W Szwecji ma się skontaktować z kimś, kto się nim zaopiekuje. Jednak po drodze na umówione spotkanie poznaje kobietę, która prowadzi go do swojego mieszkania…


Tutaj to się dopiero dzieje ostra psychodelia!!!!! Najlepszy thriller psychologiczny jaki do tej pory miałam okazję przeczytać. Najlepsza pozycja w literaturze, która pokazuje jak chory i przerażający może być człowiek, jego umysł, sposób myślenia. Pozycja która pokazuje czym jest choroba, jak smakuje zemsta i czym skutkuje wyrządzona krzywda. Fantastyczne portrety kobiet, zmienne, niestabilne, silne ale jednocześnie kruche, delikatne i mocne, wrażliwe i bezwzględne. Pozycja genialna. Przede mną trzecia część - Katharsis. Nie chcę skończyć przygody i przyjaźni z Victorią.



Mia straciła wszystko. Czy miłość pokona śmierć?
Po tragicznym wypadku, w którym zginęli jej najbliżsi, Mia trwa w stanie dziwnego zawieszenia. Musi podjąć decyzję, czy walczyć o odzyskanie przytomności, czy też poddać się i umrzeć. Próbując rozstrzygnąć ten dylemat, wspomina dotychczasowe życie.
Poruszająca książka o dającej wsparcie rodzinie, przyjaźni, samotności i znajdowaniu swego miejsca na ziemi, o umiejętności żegnania się z przeszłością i przyjmowania tego, co nadchodzi. „Jeśli zostanę” opowiada o potędze miłości i wyborach, których każdy z nas musi dokonać.


Mam problem z tą pozycją. Wzruszyła mnie, ale nie wywołała totalnej rozpierduchy emocjonalnej. Czytając miałam ciągle wrażenie, że to już przecież było. Zaskoczyło mnie zakończenie. Miłość może uratować życie, pokonać śmierć. Bo miłość jak się okazuje po raz kolejny nie jedną ma imię.


Czytam i staram się dokończyć ;)




A jak tam u Was? Czytacie coś ciekawego?

wtorek, 17 lutego 2015

Czekoladowe białko z KFD.

Nikomu nie trzeba przypominać, że białko jest materiałem budulcowym i jego odpowiednia ilość w diecie jest bardzo ważna.
Po wzmożonym wysiłku fizycznym rzadko kiedy jestem w stanie wcisnąć w siebie jakiś posiłek. Idealnym rozwiązaniem okazał się koktajl - białkowy koktajl.
Do tej pory miałam okazję spróbować białka z Ostrowi. Nie do końca mi ono odpowiadało więc spróbowałam poszukać czegoś innego i zdecydowałam się na czekoladowe białko z KFD.


Opakowanie zawiera 700 g produktu.
Wartości odżywcze poniżej


W opakowaniu znajdziemy miarkę która pomoże nam w dokładnym odmierzeniu i przyrządzeniu koktajlu.



Białko ma doskonałą rozpuszczalność. Kilka ruchów szejkerem i koktajl mamy idealny do picia. Fajnie jeśli wasze szejkery mają siateczkę przydatną w rozdrabnianiu - dzięki temu zagubiona grudka łatwo ulegnie rozdrobnieniu. Jeśli nie wymieszanie łyżeczką wystarczy.
Kolejnym plusem jest to, że białko smakuje równie dobrze zarówno z mlekiem jak i wodą. Poprzednie białka z wodą były obrzydliwe w smaku, te naprawę daje radę!
Nie pieni się, doskonale oddaje smak. Jest słodki, wyrazisty, smaczny. I co ważne nie ma po nim rewolucji żołądkowych.

Zdecydowanie na tak, zdecydowanie polecam.


Białko możecie kupić w sklepie KFD
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...